piątek, 18 sierpnia 2017

Rozdział 17 - Oto ciemna strona mocy, mistrzu Yoda


Wiem, że coś jest nie tak, jak być powinno, jeszcze zanim wychylam nos z sypialni i wącham zapach kawy parzonej każdego sobotniego poranka.

Wiem, bo słyszę uniesione głosy w trzech różnych tonacjach i zbyt wiele tytoniowej chrypy przewijającej się przez nie. 

Wybiegam na korytarz w piżamie i rozczochranych włosach i przez chwilę myślę, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni Justin więcej razy widział mnie w tej niechlujnej odmianie, niż rodzice przez cały okres trwania mojego życia, do dnia dzisiejszego włącznie. Ślizgam się w skarpetkach z froty na pierwszym stopniu schodów, po wszystkich kolejnych spływam jak powódź, nagła i wzbierająca na sile. Wpadam do salonu w samą porę, zanim tata rzuciłby porcelanowym imbrykiem do kawy w Justina stojącego jedną nogą w domu, drugą tuż za progiem.

-Tato, przestań - mówię natychmiast, wzburzona i rozedrgana, chwytając imbryk wyślizgujący się z wolna z jego spoconych w nerwach dłoni. Stawiam naczynie na podłodze pod ścianą, żeby w razie kolejnego ataku agresji, schylenie się zajęło tacie nie krócej, niż chwila, którą potrzebuję na wyprowadzenie obu nóg Justina z domu. - Co ty tu robisz? - pytam, zwrócona twarzą do Biebera. - 'Zdzwonimy się jutro' nie oznacza 'wystawaj pod moim domem całą noc, żeby rankiem wprosić się na filiżankę kawy do moich rodziców'.

Justin unosi jednorazową reklamówkę na wysokość splotu słonecznego.

-Przyniosłem świeże pieczywo. Bułki z ziarnami słonecznika i tartę z wiśniami w żelu. - Opuszcza ją, wzruszając ramionami. - Pomyślałem, że właśnie tak powinien zrobić chłopak. Twój. To znaczy czyjkolwiek. Przynieść pieczywo. Może pokroić. Nie powinienem?

Bezgłośnie kiwam głową, ale kiedy ramiona Justina opadają niżej, niż wymaga pionowa postawa człowieka bez wad kręgosłupa, prędko podchodzę do niego i biorę reklamówkę. Zapach maślanej kruszonki przypomina mi, że mogę znów praktykować swoje nawyki żywieniowe.

-Daj mi dwadzieścia minut i zaczekaj na mnie w samochodzie - mówię cicho, a potem wypycham go za drzwi i zastanawiam się, czy zamiast uczyć go delikatności, przypadkiem nie pokazuję, że on nie zasługuje na żadną. Otwieram więc szybko drzwi, wiedząc, że nie zaszedł daleko, i dodaję: - To miły gest.

I czuję, że nam obojgu zrobiło się lepiej.

Gdy odwracam się twarzą do wnętrza domu, rodzice patrzą na mnie jak na wysłannika przyszłości zesłanego na ziemię, by przygotować ludzkość do zbliżającej się apokalipsy. Mama trzyma przy piersi kuchenną ścierkę, a ojcowska ręka w dalszym ciągu nie opadła po próbie rzutu porcelanowym imbrykiem.

-Ależ on ma tupet - stęka mama, wybita z porannej, spokojnej rutyny.

-Tupet? - grzmi tata. - Stella, to recydywista. Oni nie mają tupetu, tylko komórki odpowiedzialne za wyprowadzanie człowieka z równowagi o dziewiątej rano.

Czuję się jak posiadaczka jakiejś ważnej tajemnicy, kiedy myślę, że w przypadku Justina nie jest to ani tupet, ani zniekształcone komórki, tylko on sam. On sam jest jedną wielką indywidualnością.

-Po prostu chciał być miły - burczę pod nosem.

-Miły? - krztusi się tata. - Na co liczył? Że po wszystkim, co zrobił naszej rodzinie, zaprosimy go do wspólnego stołu i poczęstujemy ciastem?

-Gdyby nie on, w ogóle nie miałbyś żadnego ciasta - mamroczę.

-Noelle, nie wyprowadzaj mnie z równowagi bardziej, niż już jestem wyprowadzony.

-Próbuję wam tylko powiedzieć, że skoro Justin fatyguje się o ósmej rano do piekarni, żeby przynieść nam na śniadanie świeże pieczywo, byłoby miło, gdyby żadne z was nie próbowało rozbić mu na głowie cholernego czajnika.

Wracam do swojego pokoju, gdzie kątem oka widzę z okna Justina siedzącego na masce swojego samochodu, palącego porannego papierosa i wystawiającego na wschodzące słońce prawy profil. Rozczesuję włosy, ubieram bluzkę i spódniczkę obwiązaną cienkim skórzanym paskiem, a potem próbuję poprawić swój dotychczasowy czas w zakrywaniu oznak niewyspania paroma kroplami podkładu. Schodząc do salonu, mam ogromną nadzieję nie natknąć się na żadnego z rodziców. Oczywiście natykam się na obojgu. Ojciec siedzi przy stole i udaje, że nie dostrzega mnie sponad dzisiejszej gazety, a mama poleruje kuchenny blat tak gorliwie, że w jednym miejscu zaczęła ścierać kolor.

Nie przerywam im pasjonującego lekceważenia mojej obecności. Wyjmuję z reklamówki dwie bułki, przekrajam je, smaruję masłem, przykrywam plastrem żółtego sera i pomidora posolonego dwoma potrząśnięciami solniczki. Przykrywam jedną połowę drugą połową, swoją chwytam w zęby, a bułkę Justina przytrzymuję w palcach. Przyglądam się chwilę apetycznej tarcie upchniętej na dno reklamówki i myślę, że rodzice nie zasłużyli, żeby chociaż spróbować tego cukierniczego dobrodziejstwa, więc wydobywam tartę i niosę ją do wyjścia, balansującą na rozczapierzonej dłoni.

Dopiero godziny później, przy okazji jakiejś spontanicznej myśli, uświadamiam sobie, że obwiniam rodziców za troskę, czyli za to samo, za czego brak obwiniam rodziców Justina.

Nie zmienił pozycji. Wypalił jedynie papierosa, a teraz przygląda się, jak niedopałek skrzy się na chodniku. Przydeptuję żarzącą się końcówkę, odbijając stopą nieco w lewo.

-Trzymaj - mówię, wręczając mu bułkę. - Nie żebym przesadnie martwiła się twoimi nawykami żywieniowymi, ale nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem cokolwiek jadłeś.

-Jesteś pierwszą osobą, która zrobiła mi kanapkę - mówi, odgryzając wiszące po boku ziarno. - Nie licząc Harolda. On robił mi kanapki, kiedy obaj chodziliśmy jeszcze do podstawówki.

-Jest dla ciebie jak starszy brat, co?

Justin patrzy na mnie przez chwilę, mrużąc oczy w porannym słońcu, a potem wsiada na miejsce kierowcy i z pełnymi ustami mówi:

-Jak ojciec. Jest dla mnie jak ojciec. Jedyne, co mu nie wyszło, to wychowanie mnie.

Siadam obok, na miejscu pasażera, i wydaje mi się, że wgniecenie w fotelu dostosowane jest do moich pośladków. Justin patrzy na mnie, przeżuwając bułkę w całkiem kulturalny sposób, tak, że nie widzę jego podniebienia ani kawałków sera w dolnych ósemkach, a jego wzrok, skupiony i jakiś inny, powoduje, że muszę spytać, skąd pochodzi.

Więc pytam:

-Czemu tak mi się przyglądasz? Zupełnie jakby nie wystarczała ci twoja bułka.

-Wyglądasz jak archeolog - mówi. Unoszę jedną brew. - Ta spódniczka. I bluzka. Ich kolor. Jeśli pamięć mnie nie myli, podobne nosili w Parku Jurajskim. I kości triceratopsów mają identyczny kolor.

-Czy to był komplement? - upewniam się. - Bo ciężko cię rozszyfrować. Nie dziwię się, że nie masz dziewczyny, jeśli na powitanie mówisz im, że wyglądają jak kości dinozaura. A poza tym, czy aby nie za bardzo wczułeś się w rolę? Przypominam, że wcale nie jesteś moim facetem i naprawdę bezpieczniej dla ciebie będzie, jeśli powstrzymasz się przed przynoszeniem nam co ranek pieczywa. Nie mówię, że to niemiły gest, ale mój ojciec ledwie powstrzymał się przed rozbiciem na tobie porcelanowego imbryka, który jest w naszej rodzinie od pokoleń.

-Właściwie wyglądasz całkiem atrakcyjnie - przyznaje, wpatrując się we mnie jak w łydkę po depilacji, gładką i błyszczącą.

-A co według ciebie oznacza atrakcyjnie?

-Mniej więcej to, że gdybym trafił do jednego pomieszczenia z setką siedemnastolatek, ciebie dorwałbym pierwszą.

-Czyli innymi słowy, gdy wyglądam atrakcyjnie, przyciągam wszystkie cholerne męskie świnie, które tylko czekają, by wyłowić tę najatrakcyjniejszą?

-To nie prawda, że ładni ludzie mają w życiu łatwiej - stwierdza Justin. - W każdym razie nie zawsze. I nie, kiedy jest się dziewczynką.

Przez głowę z prędkością światła przebiega mi niedorzeczna myśl: skoro ładni chłopcy mają w życiu łatwiej, dlaczego jego życie było wszystkim, tylko nie łatwizną?

-Ładne dziewczynki mają w życiu trudniej przez męskie świnie, zupełnie takie jak ty.

-Cała przyjemność po mojej stronie.

-Nie wątpię - mamroczę. - A to, mój drogi, był kolejny z serii bardzo, bardzo niesmacznych żartów.

Justin rusza z podjazdu, przytrzymując bułkę zębami, kiedy zmienia biegi, a gdy kęs odrywa się i cała sklejona reszta spada na jego kolana, podnoszę ją i wsadzam mu z powrotem do ust. Wyjeżdżamy z osiedla na dwupasmową drogę przez centrum miasta. Nie jestem pewna, dokąd zmierzamy, ale Justin chyba przyjmuje z ulgą fakt, że ilekroć naciska pedał gazu, oddalamy się od agresji mojego ojca i latających imbryków do kawy.

Gdy przejeżdżamy obok sklepu papierniczego, każę Justinowi zjechać na pobocze. Wyskakuję prędko na chodnik, przepycham się między rowerami zagradzającymi wejście do sklepu, a gdy jestem już w środku, kupuję zeszyt sześćdziesięciokartkowy, w kratkę, i długopis z niebieskim wkładem. Wracam do samochodu, zanim Justin poczułby potrzebę zapalenia papierosa. Czas oczekiwania wypełnił wyjadaniem palcami wiśni w żelu z tarty.

-Nie widzisz zakazu zatrzymywania się? - marudzi, ruszając, nim dobrze zamknę drzwi. - Mogłem dostać mandat.

-Jeździsz kradzionym samochodem, posługując się fałszywymi dokumentami. Naprawdę przejmujesz się jednym mandatem za parkowanie w niedozwolonym miejscu?

-Nie przejmuję się - odpowiada. - Po prostu chciałbym to konto zostawić czyste, w razie gdybym jeszcze kiedyś musiał kogoś uprowadzić i wywieźć do Tajlandii. Nie skusiłabyś się na jeszcze jedną wyprawę, kiedy już skończą mi się pieniądze? Podzielę się z tobą łupem.

-Mało ci? Twoja rana nadal krwawi i nie jestem pewna, czy moje zbyt częste wizyty w toalecie tej nocy nie miały przypadkiem związku z orientalną tajlandzką kuchnią.

-Miałaś sraczkę?

-Ustaliliśmy chyba, że nasze problemy gastrologiczne nie będą przedmiotem którejkolwiek z dyskusji - prostuję prędko. Otwieram zeszyt i na okładce piszę drukowanymi literami: Kompleksowy przegląd i wymiana uszkodzonych elementów - Justin Bieber pod okiem Noelle Whitford. Na pierwszych światłach podsuwam mu pod nos róg zeszytu, by postawił chociaż parafkę, bo chcę, żeby on również miał wkład w powolnym uporządkowywaniu własnego życia. - Punkt pierwszy - mówię na głos - poszukiwania mieszkania. - Zapisuję, na pierwszej stronie, już nie drukowanymi.

-Po co ten cały cyrk?

-Prowadzę dokumentację. Medyczną. Z eksperymentu, momentami być może niehumanitarnego. Chcę mieć później wgląd w to, co zrobiłam dobrze, a co mogłam zrobić lepiej.

-Najlepszą rzecz, jaką mogłabyś zrobić, to przeprowadzka na drugi koniec Stanów.

Patrzę na niego rozeźlona.

-Z jakiej racji to ja miałabym się przeprowadzić? Ty stanowisz zagrożenie.

-Ale to ty - odparowuje, wtykając palec w rzepkę mojego kolana - jesteś obiektem najbardziej narażonym na zagrożenie z mojej strony. Więc zapnij pas.

W drodze przez zatłoczony Boston dowiaduję się, że zanim rozpoczniemy jakiekolwiek poszukiwania, podjeżdżamy pod kamienicę Harry'ego i zabieramy go ze sobą, jako że Justin spędził pół nocy na telefonicznej rozmowie z nim i Harry chce być obecny przy pierwszych (myślę, że mógł nazwać je marnymi) próbach usamodzielnienia się jego podopiecznego.

Gdy docieramy na miejsce, czeka już przed klatką, ubrany w czarny płaszcz po kostki, dzierżąc pod pachą laptopa, w przybliżeniu trzynaście cali. Podchodzi do drzwi pasażera i stuka w okno sygnetem zaciśniętym wokół palca. Justin opuszcza szybę.

-Niezła bryka - mówi na powitanie. - I niezła laska obok kierowcy.

-I niezły kierowca - wtrąca Justin. - Tak przypominam, w razie gdybyś o tym zapomniał.

Przez chwilę wnętrze samochodu spogląda na zewnętrzną część ludzką, i żadne z nas nie robi nic, co prowadziłoby we właściwym kierunku dzisiejszego planu dnia. W końcu Harry, jakby uświadomiony, że ani ja, ani Justin, nie wiemy, na co przeznaczamy ten czas oczekiwania, mówi:

-Wysiadaj, gówniaro.

-Justin - odwracam do niego głowę - twój przyjaciel mnie wyzywa.

-A co ja jestem, mediator? Dogadajcie się między sobą.

Prędko dowiaduję się, że Harry uważa za zniewagę posadzenie go na tylnym siedzeniu i żąda, bym zamieniła się z nim miejscami. Ja z kolei, jako główna uczestniczka tego społecznego projektu, nie zamierzam przesiadać się na tył i czekam, aż Harry odpuści tę walkę. Cała konfrontacja kończy się, gdy Justin wzdycha tak, że trzęsą się szyby w oknach, po czym wysiada, kładzie mi na kolanach kluczyki, każe Harry'emu zająć moje miejsce, a sam wsiada na tył, kładzie na swoich kolanach reklamówkę z tartą i kontynuuje wyjadanie wiśni w żelu palcami.

-Jako że dziwnie się czułem tej nocy, wiedząc, że Justin jest w tym samym mieście i nie nocuje w domu, doskwierała mi bezsenność. Miałem więc czas, by spisać kilka numerów telefonów i rano umówiłem nas na parę spotkań. Połowa to kawalerki. Wystarczy ci trzydzieści metrów, tylko i wyłącznie dla ciebie? - pyta Harry, obracając się połową twarzy do Justina.

-Trzydzieści metrów? Nie będę się gniótł we własnym smrodzie.

-To ile ci trzeba do szczęścia? - pytam zaskoczona. Nie podejrzewałabym, że jego wymagania socjalno-bytowe są tak wygórowane.

-Przynajmniej trzy pokoje. Jeden dla mnie, jeden salon i jeden, w razie gdybym kiedyś upadł na głowę i postanowił się z kimś związać.

Jeszcze zanim ruszam sprzed kamienicy, odwracamy się do Justina twarzami, ale tylko na mojej widnieje skołowanie. Prędko przypominam sobie, że Harry miał czas, by przywyknąć do jego dziwactw.

-Chcesz przez to powiedzieć, że kiedy już znajdziesz sobie dziewczynę, nie wpuścisz jej nawet do łóżka?

-A powinienem? - dziwi się. - Czytałem artykuł, że samotne spanie poprawia krążenie krwi.

-Wystarczy, że kupisz szerokie łóżko. To jakbyś spał sam na jednoosobowym.

Wkładając klucz do stacyjki, pozwalam sobie uciec na moment w myśl o jego przyszłej dziewczynie. Jest mi jej żal, już teraz, że jako partnerka, narzeczona i żona dostanie przydział w łóżku w sąsiednim pokoju i będzie zapraszana do sypialni wielmożnego pana tylko wtedy, gdy wielmożnego pana najdzie ochota na amory.

Wracam na dwupasmową drogę, gdy Harry wykreśla ze pliku w Wordzie adresy wszystkich kawalerek poniżej trzydziestu metrów kwadratowych, a Justin, z braku wiśni, zaczyna wyżerać palcami kruszonkę. Zapach tarty paruje w całym nagrzanym słońcem samochodzie, więc na którychś światłach nie wytrzymuję i każę Justinowi zrobić coś, co pozwoliłoby mi spróbować tego cukierniczego dobrodziejstwa. Wtedy on urywa palcami kawałek i sypie pokruszone ciasto do moich otwartych ust, a gdy mija mi pierwsze obrzydzenie sposobem, w jaki to zrobił, i kiedy przestaję myśleć, że tymi samymi palcami, którymi obsypuje mnie okruszkami, przed chwilą grzebał sobie w zębach, wyjadając ostatnie wiśnie, proszę o dokładkę. Przed kolejnym skrzyżowaniem we dwójkę zjadamy całą tartę. Harry obchodzi się samym zapachem.

-Widzę, że bardzo ci zależy, żebym wyprowadził się jeszcze dzisiaj - stwierdza Justin, zaglądając Harry'emu przez ramię. Ja również zerkam. Lista adresów, już po selekcji, jest doprawdy imponująca.

-Nie chcę, żebyś wyprowadził się tak nagle - prostuje. - Codziennie zabieraj po jednym kartonie swoich rzeczy, aż znikniesz całkowicie.

-W jednym kartonie zmieszczę wszystko, co mam - zauważa. - Nie przechowuję u ciebie ani zdjęć, ani zabytkowych imbryków do kawy - zerka na mnie znacząco - ani płyt, ani nawet swojego kompletu sztućców. Jedynie parę książek i ubrań. Jeden karton załatwi sprawę.

-Ty czytasz książki? - pytam zaskoczona.

-Czyta, czyta - odpowiada Harry. - Zdziwiłabyś się, jakie.

Nie dopytuję o rodzaj literatury, jaką pochłania Justin, mając jedynie nadzieję, że nie jest miłośnikiem trylogii Grey'a i Crossa. Potem dowiadujemy się, że również Justin przyszykował listę kilku mieszkań do wynajęcia i właściwie całe starania Harry'ego idą na stracenie, bo Justin zalicza się do tych ludzi, którzy nie widzą przyszłości w żadnym kompromisie. Przemierzamy więc cały Boston, by obejrzeć dwupokojowe mieszkanie na dwudziestym piętrze drapacza chmur, z czynszem tak wysokim, że rzeczywiście w przeciągu paru kolejnych miesięcy będziemy musieli wybrać się na kolejną wysoce ryzykowną wyprawę do Tajlandii. Nie komentujemy z Harrym jego wyboru, żeby nie podkopywać jego ambicji.

Na wspomniane dwudzieste piętro wjeżdżamy windą oszkloną lustrami na trzech sąsiednich ścianach. Jako że ramiona Harry'ego zajmują mniej miejsca wszerz, trzymam się bliżej niego, gdy wędrujemy długim wąskim korytarzem ku drzwiom z numerem sto dwudziestym szóstym. Zanim wchodzimy do środka, dziwnym trafem to ja i Harry przygładzamy włosy. Lepsze wrażenie Justina polega jedynie na wyskubaniu skórki wiśni spod paznokcia.

-Pan Bieber? - W progu staje mężczyzna w przyprószonych siwizną włosach. Koszula opina się na jego lekko zapuszczonej klatce piersiowej, ale kości policzkowe wciąż ma widocznie zarysowane i przykryte przystrzyżonym zarostem.

-Tak - odpowiada Justin niskim głosem, takim, którego nie chciałabym słyszeć w swoim mieszkaniu, nawet pod wynajem. Wydaje mi się, że nie obniża głosu celowo, gdy rozmawia z kimś obcym. To jego zasłona dymna przed każdym, przy kim nie czuje się całkiem swobodnie.

-A państwo to...? - Mężczyzna zawiesza głos, spoglądając na mnie i Harry'ego znad ramienia Justina.

-Jego doradcy - informuje Harry. - Życiowi.

Wchodzimy do dwupokojowego mieszkania zajmującego powierzchnię połowy ogromnego piętra. Nie daję po sobie poznać, że widok z przeszklonych ścian na chwilę odbiera mi oddech. Próbuję nie zakochiwać się w słonecznej panoramie Bostonu i w delikatny bezsłowny sposób dać Justinowi do zrozumienia, że próg finansowy tego mieszkania jest dla niego odrobinę zbyt wysoki.

Prędko przekonuję się, że moje obawy są całkiem bezcelowe, a Justin, czego mogłam się spodziewać, jest klientem z najwyższej półki pod względem wymagań.

Zatrzymuje się przed wielkim akwarium wbudowanym w filar przechodzący przez środek salonu. Zakłada ręce na biodra i pyta:

-Miałbym mieszkać z całym tym zoo? - Zerka na właściciela przez ramię. - Wynajmuje pan mieszkanie czy akwarium dla kolejnego glonojada?

Nie otrzymawszy odpowiedzi, przechadza się jeszcze parę razy wte i wewte, gdzieniegdzie przejedzie palcem po meblościance, kredensie albo barku, na którego widok marszczy nos, jakby spodziewał się wyczuć smród alkoholu zalegający w zaciekach na ścianach. Kierując się do wyjścia, bąk krótkie podziękowania za poświęcony czas, ale ostatecznie to Harry ściska właścicielowi rękę i świeci oczami za kapryśne podejście Justina do tematu.

Jako że jestem neutralną wyspą upchniętą między nich, wsiadam do windy razem z Justinem, a drzwi zasilane fotokomórką zamykają się, zanim Harry przemierzył połowę korytarza.

Czuję w powietrzu obcy zapach. Podstęp. Tę samą obcość widzę wpisaną w twarz Justina, między jednym dołkiem w policzku a drugim.

-Wcale nie zamierzałeś wynajmować tego mieszkania, prawda? - dopytuję, nagle zaintrygowana. - Właściwie po co w ogóle tam poszliśmy?

Wtedy Justin wyciąga zza dolnej części kręgosłupa płaskie pudełko, otwiera je i pokazuje mi równy rząd kilku cygar leżących obok siebie jak na leżakowaniu w przedszkolu, spokojne i wyciszone.

-Zobaczyłem je na zdjęciu w internecie - oznajmia. - Grzechem byłoby nie skorzystać. Pierwsze mieszkanie, które naprawdę chcę obejrzeć, leży po drugiej stronie Bostonu, ma trzykrotnie niższy czynsz i żadnego śladu tego cholernego akwarium. Gdybym marzył o dzieleniu życia z oślizgłym glonojadem, zrobiłbym wszystko, żeby zostać z Haroldem.

Drugie mieszkanie mieści się poza obrębem zabytkowych kamienic w dzielnicy portowej. Widzę w lusterku, jak Justin zaczyna kręcić nosem, gdy tylko zagłębiamy się w ciąg mało wyrazistych i zupełnie niepasujących do jego oryginalności bloków. Zatrzymuję się na wysokości ostatniej klatki, bo przy pierwszej, właściwej, nie ma wolnych miejsc, i drepczemy przez długość całego budynku. Justin przez chwilę przygląda się domofonowi przyczepionemu do bocznej ściany zadaszenia, próbuje rozgryźć jego specyfikę i nie dać po sobie poznać, że nie ma najmniejszego pojęcia, do czego służy kluczyk i płotek w dole dotykowego pola. Wchodzimy na klatkę schodową kilka minut później, gdy uprzejmy starszy pan, który codziennym rytuałem wychodzi z reklamówkę pełną suchego chleba, by nakarmić kaczki w pobliskim stawie, przytrzymuje dla nas drzwi drewnianą laską. Justin wydaje się być niepocieszony, że nie udało mu się skorzystać z domofonu, ale bez słowa prowadzi nas do właściwych drzwi. W każdym razie tych, które wydają mu się właściwe.

A kiedy otwierają się na oścież, nie jestem pewna, czy najpierw uginają mi się kolana, czy najpierw wtapiam się stopami w betonową posadzkę klatki schodowej.

W progu stoi kobieta we wczesnej fazie przekwitu, ubrana w satynowy szlafrok i plażowe klapki na pięciocentymetrowym obcasie. Jej natapirowane blond włosy omal nie dotykają górnej futryny, a pieprzyk ponad wargą uwydatnia usta pomalowane kolorem soczystej śliwki węgierki. Nie wiem, czy to, co czuję w przełyku, to tsunami śmiechu czy dzisiejsza tarta z wiśniami.

Jakimś cudem wiązanie jej szlafroka rozluźnia się, gdy uświadamia sobie, że to Justin, nie ja ani nie Harry, który pod względem przystojności wcale nie plasuje się daleko w tyle, zamierza być przyszłym najemcą jej mieszkania.

-Zapraszam do środka - mówi wysokim głosem, w którym słyszę wiele tytoniowych lat. - Zapraszam.

Nogi Justina wykonuję nagły dryg, już niemal wydaje mi się, że jego kolana odwracają się w stronę schodów. W końcu jednak przechodzi przez próg i rozgląda się po podłodze, jakby sądził, że każda samotna kobieta w okolicach pięćdziesiątki, a ta ewidentnie należy do tych samotnych w bardzo, bardzo zdesperowany sposób, posiada trzy liniejące koty. Wchodzimy z Harrym tuż za nim, ale żadne z nas nie zamyka drzwi, jakbyśmy brali pod uwagę możliwość prędkiego wycofania się za próg. Zatrzymujemy się u wejścia do jednego z trzech pokojów, w którym nie ma dla nas miejsca pomiędzy Justinem, właścicielką mieszkania i oparami olejków eterycznych buchającymi z jej ciała.

-Ten pokój byłby pana - mówi zalotnie, miętosząc jego ramię jak odstresowującą gumową piłeczkę. - Moja sypialnia znajduje się zaraz za ścianą - dodaje, jak gdyby ten warunek był naistotniejszy w chwili podpisania umowy najmu.

-Pokój? - powtarza Justin. - Sypialnia? W ogłoszeniu była mowa o całym mieszkaniu, bez smrodu sklepu z indyjskimi kazidełkami i pomarszczonej Barbie w okresie menopauzy.

Harry, jakby przeczuwając, że jestem bliska zagulgotania śmiechem jak indyk ułaskawiony przez prezydenta tuż przed świętem Dziękczynienia, wysuwa się na krok przede mnie i przysłania mnie swoją muskulaturą. Podczas kiedy właścicielka mieszkania dochodzi do siebie po doznaniu tej nagłej nieczułości ze strony kogoś, nad kim chciała rozczulać się dniami i nocami, Justin przechadza się po pokoju, krocząc po słojach dywanu w kształcie elipsy.Ręce splecione ma w koszyk na pośladkach, a jego kroki przypominają poranne stąpanie bociana po łące pośród żab. Zagląda w kąty i ugniata dłonią materiał wersalki, a gdy w powietrze wzbijają się obłoki kurzu, a sprężyny skrzypią jak kolana wychowanka domu spokojnej starości, Justin pomrukuje z niezadowoleniem.

Cała wizyta kończy się tym, że po raz drugi to Harry ściska dłoń kobiety, przeprasza ją gorliwie i konspiracyjnym szeptem tłumaczy coś, co ma związek z niestabilnym zdrowiem psychicznym Justina, na co ten odwraca się i z drugiego końca korytarza woła:

-Ktoś, kto pompował pani piersi sylikonem, w lewym upchnął mniej niż w prawym. I w razie gdyby rzeczywiście zdecydowała się pani wynająć mieszkanie, radzę je wpierw wywietrzyć.

Cztery kolejne mieszkania okazują się wcale nie mniejszą katastrofą, a po piątym, zniechęceni zniechęceniem Justina, wracamy do mieszkania Harry'ego. Przysłuchuję się chwilę dyskusji, w jaki sposób Justin rozpoznał sztuczny biust, kiedy Harry był przekonany, że jest naturalny jak zapach gnoju na dalekiej wsi, a potem pozwalam sobie wejść do kuchni i zaparzyć dzbanek miętowej herbaty, zastanawiając się, ile procent zadziwiającego kuchennego porządku jest dziełem rąk Justina.

-Harold to pedant - stwierdza Justin, nagle pojawiając się w progu kuchni. - Ustawia kubki według wielkości i talerze chronologicznie względem daty zakupu. Kiedy już będę na swoim, nigdy nie pozwolę, żeby takie przewrażliwienie weszło mi w nawyk.

Nalewa herbatę do dwóch kubków. Na ten, który podaje mi, patrzy chwilę z sentymentem. Nie jestem pewna, ale chyba oddał mi swój ulubiony kubek. Nie wiem dlaczego, ale mentalnie umacnia mnie to w jakiejś niepisanej hierarchii.

-Możesz mieć syf - komentuję. - Ważne, żebyś w tym swoim syfie czuł się dobrze i potrafił się w nim odnaleźć. Jak w domu. Własnym.

-Dom jest tam, gdzie bez obaw możesz zrobić kupę, nie kładąc na desce papieru.

Nie komentuję jego wyznania, ale zgadzam się, kiwając głową jak figurka miniaturowego psa na desce rozdzielczej, i upijam łyk herbaty, czując sentymentalne spojrzenie Justina wtopione w rączkę kubka.

A potem nie jest już tak przyjemnie. Nie jest wcale przyjemnie, gdy Harry wprowadza do mieszkania trzech funkcjonariuszy, którzy przed momentem uderzali swoimi wielkimi policyjnymi pięściami w drzwi.

-Wujek Dann? - mówię skołowana, widząc serdecznego przyjaciela ojca, z którym zaczynał swoją karierę w policji. Wspólne patrole, wspólne niedomówienia i wspólne zamartwianie się, jego żony z żoną mojego ojca. - Co ty tutaj robisz?

-Noelle, złotko. - Wyciąga do mnie rękę, jakby wyławiał mnie z sieci. Chcę go zapytać, czy potrzebuje okularów, by zauważyć, że jestem w trakcie popijania herbaty i z całą pewnością nie potrzebuję jego odsieczy. - Musimy zabrać tego zwyrodnialca na przesłuchanie.

-Na jakie przesłuchanie? - podnoszę głos. - Wszystko wyjaśniłam tacie. Czego nie zrozumiał w zdaniu: nie potrzebujemy żadnego przesłuchania?

-To nie jest kwestia troski twojego ojca. Zostało złożone zawiadomienie o porwaniu, zresztą bardzo słuszne, bo chciałbym ci przypomnieć, że zniknęłaś na dwa tygodnie, nie dając znaku życia. Każde zawiadomienie wymaga przesłuchania. Więc cokolwiek zrobił, lub czegokolwiek nie zrobił ten zwyrodnialec - podkreśla - musimy zabrać was oboje na komendę. Przecież znasz procedury.

-W takim razie po co przyjechało was tu aż trzech? - Nie daję za wygraną. - Procedury wymagają dwojga funkcjonariuszy.

-W uzasadnionych przypadkach każdy policyjny patrol ma prawo ubiegać się o dodatkowe wsparcie, w razie gdyby...

-W razie gdyby Justin przemycił w kieszeni kabel i poddusił kierowcę w trakcie jazdy na komisariat - kończę z boleśnie wyraźnym sarkazmem. - Róbcie, co musicie robić.

Justin wydaje się być zaskoczony, gdy jeden z młodszych policjantów, niższych stopniem, podchodzi do niego i każe mu odstawić kubek z herbatą. Żąda ostatniego łyka, którego sączy przez zęby przez następne dwie minuty, aż wujek Dann traci cierpliwość i podzwania kajdankami, które w międzyczasie wydobył zza paska. Wtedy ja wkraczam do akcji i stwierdzam, że skoro zamierza skuć go za popijanie herbaty, powinien wyciągnąć drugą parę kajdanek dla mnie. Nie jestem pewna, skąd u mnie tyle zacięcia i determinacji, ale trochę mnie to przeraża. Skoro zdecydowałam się mu pomóc, powinnam go bronić, racja. Ale ta gorliwość jest nieco niebezpieczna. Zupełnie jakbym udawała trupa w stadzie sępów.

Gdy docieramy do policyjnego radiowozu zaparkowanego jednym kołem na krawężniku, drugim na ulicy, na granicy przepisu prawnego, okazuje się, że nie wszystkie procedury pomieściły się w policyjnych przepisach i nie posiadają drugiego radiowozu, którym mogliby przewieźć na komendę mnie. Jako że wujkowi Dannowi jestem nieco bardziej znana niż każda inna zatrzymana siedemnastolatka, zgadza się, by na komisariat zawiózł mnie Harry, który zjawia się przed kamienicą tuż po naszej małej czeredzie.

Justin rzuca mi ostatnie zezowate spojrzenie, gdy po dobroci każą mu wsiąść do radiowozu i jestem zaskoczona, że nie odgryza się żadną kąśliwą uwagą. Przez chwilę nawet martwię się, że zamiast mięty zaparzyłam melisę, ale uspokajam się, gdy widzę, że Justin wystawił kolano tak, by policyjny żółtodziób męczył się trzy minuty z domknięciem drzwi.

-Zrobią mu coś? - pytam Harry'ego, jakby był lekarzem, prawnikiem i socjologiem jednocześnie.

-Zależy, jaki jest stopień nienawiści twojego ojca do Justina - odpowiada, odpalając silnik w swoim zabytkowym pojeździe, do którego w innych okolicznościach nie odważyłabym się wsiąść.

-Wykracza poza skalę.

Jedziemy we względnej ciszy. Tylko obca praca silnika przypomina mi, że nie mogę się całkiem zrelaksować i cieszyć wiatrem mierzwiącym włosy przez nieszczelne szyby. Harry utrzymuje odległość kilku samochodów od radiowozu. Czasem udaje mi się zauważyć czubek nastroszonej fryzury Justina, czasem dostrzegam jedynie tylny zagłówek. Przez całą drogę na komisariat zastanawiam się, czy dobrze robię. Czy nie powinnam wycofać się z tej dorosłej dziecinady, wyznać, jak było naprawdę, opowiedzieć, za co Justin wynajmie swoje pierwsze mieszkanie i przyznać się mamie, że nie dość, że byłam w Tajlandii bez aktualnych szczepień, to jeszcze zjadłam pieczonego robaka i uznałam go za zjadliwego. W trakcie tej drogi jest nawet taki moment, kiedy jestem zdecydowana uznać Justina za niereformowalnego i ograniczyć nasz kontakt do wysyłania mu nieregularnych paczek do więzienia stanowego.

Ale potem przypominam sobie jego owczy wzrok. Oczy jak u surykatki. I w głębi duszy wiem, że jest, jest jak najbardziej reformowalny. Potrzebuje tylko kogoś, kto narzuciłby mu te reformy i wydaje mi się, że jestem jedyną osobą, która może tego dokonać. I wydaje mi się też, że kiedy jakoś go poruszę, w którąkolwiek ze stron, i kiedy spojrzę na siebie w lustrze, będę mogła uznać, że zrobiłam coś lepszego niż wszystkie dobre rzeczy, których dokonuję na co dzień.

Znam komisariat, na który docieramy po dwudziestu, może trzydziestu minutach jazdy. Dziarskim krokiem maszeruję na drugie piętro, korytarz wydziału kryminalnego i pokoju licznych przesłuchań, i wcale nie jestem zdziwiona, gdy dostrzegam tatę po cywilnemu, rozmawiającego z wujkiem Dannem przyciszonymi głosami, jakby knuli jakiś spisek przeciwko Justinowi, albo zastanawiali się, do której kieszeni w razie potrzeby podrzucić mu narkotyki. Jestem spokojna, wiedząc, że Justin posiada wyłącznie dwie kieszenie w dresach, na udach, i że starym zwyczajem nie wyjmuje z nich rąk, o ile nie korzysta z pisuaru, albo nie wyjada wiśni w żelu palcami.

-Co to za szopka? - atakuję ojca, wiedząc, że najpóźniej za pół godziny będę miała z tego tytułu ogromne wyrzuty sumienia.

-Nie unoś się - uspokaja mnie. - To standardowe procedury.

-Standardowe, kiedy chodzi o córkę zastępcy komendanta - burczę. - Tłumaczyłam ci, że tym razem wyszłam ze spotkania z Justinem bez szwanku - kłamię, chociaż gdy zastanawiam się nad tym chwilę dłużej, jednak nie kłamię.

-Tym razem - podkreśla tata, jakby moja przeszłość nie była wystarczająco podkreślona.

-Za to, co zrobił przed dwoma laty, został już rozliczony. Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać na komisariacie. W zasadzie w ogóle nie chcę o tym rozmawiać.

-Bardzo mi przykro, ale takie...

-Są procedury - kończę za niego. - Usłyszałam to w swoim życiu więcej razy, niż: dzień dobry, córciu, jak się spało?

Wiem jednak, że procedury są łamane, gdy zostaję wprowadzona do pokoju przesłuchań, w którym siedzi Justin, jako że dwoje świadków nie może być przesłuchiwanych przy sobie. Biorąc pod wzgląd, że nie ukończyłam wieku pełnoletniości, ojciec wchodzi do pokoju tuż za mną, a tuż za nim, na doczepkę, wujek Dann. Gdy poprawia pasek w spodniach, zauważam, że brak mu kajdanek. Natychmiast wiem, gdzie ich szukać. Na nadgarstkach Justina wiszą dwie szpecące bransolety.

Tym sposobem tata jest obecny zarówno na moim przesłuchaniu, jako rodzic, opiekun prawny i duch święty, oraz na przesłuchaniu Justina, na którym po cywilnemu w ogóle nie powinno go być, i na którym absolutnie nie powinno go być, jako że jestem pięćdziesięcioma procentami tej sprawy.

Justin wydaje się być nieco wyrwany z toru, jakim biegł ten dzień, bo siedzi na krześle przygarbiony i skubie skórki na kciuku lewej dłoni. Krzesło dla mnie zostaje przysunięte do biurka u jego boku, ale tata dba o to, by pomiędzy mną a Justinem był odstęp jego stopy, wykrzywionej pod bardzo niepokojącym kątem. Wujek Dann staje po drugiej stronie biurka, a jeden z żółtodziobów, który wiózł Justina na komisariat, wystukuje długopisem na blacie rytm linii melodycznej Mario Bros. Nie mam złudzeń, że drugim przesłuchującym będzie bezprawnie mój ojciec.

-Wiesz, ile ona ma lat? - rozpoczyna wujek Dann.

Zaczynam wierzyć w cuda, gdy udaje mi się nie przewrócić oczami.

-Niezupełnie - odpowiada Justin. Odwraca twarz w moim kierunku. - Ile masz lat, złotko?

-Bawi cię to? - wtrąca ojciec.

-Niezupełnie - powtarza Justin. - Martwię się jedynie, że wystygnie mi herbata.

Zanim tata zrobiłby coś, czego będzie żałował, gdy odbiorą mu policyjną odznakę, próbuję przekazać mu telepatycznie, że w każdym pokoju przesłuchań są kamery, których zasilanie jest w stanie wyłączyć jedynie awaria lin wysokiego napięcia.

-Gdzie ją wywiozłeś? I dlaczego?

-Nie wywiózł - mówię z rozgoryczeniem.

-Nie wywiozłem - powtarza Justin.

-Gdzie? - naciska wujek Dann. - I dlaczego?

-Jestem o coś oskarżony? - Justin nachyla się nad biurkiem i opiera o nie jednym łokciem. - Jestem?

-Jeszcze nie, ale...

-Ale w trakcie przesłuchania, podczas którego do niczego się nie przyznam, macie zamiar o coś mnie oskarżyć, tak?

Tata okrąża biurko i nachyla się tak, że między ich twarzami pojawia się nagle bliskość większa, niż między mną i Justinem kiedykolwiek będzie.

-Posłuchaj mnie, cholerny zwyrodnialcu. Moja córka kłamie. Wiem, że kłamie. Znam ją siedemnaście lat. Nie mam pojęcia, dlaczego to robi i dlaczego cię chroni, ale możesz być pewien, że się dowiem, a gdy już się dowiem, postaram się o to, żebyś dostał najwyższy z możliwych wyroków. Przetrząsnę twój życiorys dzień po dniu, wyciągnę nawet kradzież ołówka ze szkolnego sklepiku, i wsadzę cię na długie lata, tak długie, że całkiem zapomnisz, jak wygląda błękit nieba.

-W więzieniu jest spacerniak - informuje Justin spokojnym tonem. - Pod gołym niebem. Błękitnym. Wiem, bo łącznie spędziłem na nim pięć lat. Dodatkowo ukradłem pióro kulkowe nauczycielce matematyki w czwartej klasie, bo nie miałem czym pisać, a mój niezawodny sposób nasączania flamastrów spirytusem w końcu okazał się zawodny. Za karę musiałem umyć podłogę w klasie szczotką do szorowania paznokci. Jeśli ma pan czas, proszę usiąść i notować. Spisanie wszystkich drobnych przewinięć mojego życia zajmie przynajmniej połowę zeszytu.

Nie wtrącam się w tę dyskusję. Zamiast tego zauważam, że palce Justina są pokrzywione, jakby strapione problemami reumatoidalnymi, i że nadal ma na sobie stary t-shirt mojego ojca.

-Powiedziałeś, że spotykasz się z Noelle - mówi wujek Dann. Czuję, że wpływamy na niespokojne wody. - W takim razie dlaczego nie trzymasz jej za rękę? - prowokuje. - Dlaczego nie przytulasz, ani nie całujesz? Czy nie to robią ludzie, którzy dzielą ze sobą życie?

Zdaje mi się, że Justinowi napięły się ramiona, bo nagle rękawy t-shirtu są odrobinę bardziej wypełnione. Zerkam na niego, bojąc się, że na tym froncie polegniemy oboje. I poleglibyśmy, zdani wyłącznie na spryt Justina, który w kwestii związków, spotkań towarzyskich i gestów w jakikolwiek sposób powiązanych z czułością, nagle przestaje istnieć. W głębi duszy podwijam rękawy, bo wydaje mi się, że w ten sposób się umacniam, a potem pytam:

-Co mam zrobić, żebyście przestali kwestionować wszystko, co mówię? - Czekam, ale nic nie nadchodzi. - Wziąć go za rękę? - ciągnę nerwowo. Wyjmuję dłoń Justina z kieszeni dresów, splatam nasze palce i unoszę na wysokość obojczyków. - Usiąść mu na kolanach? Żaden problem.

Ale problem jest, bo kiedy wstaję z krzesła i celuję pośladkami na twarde udo Justina, chwile szatańskiej bliskości z pamiętnego dnia przed dwoma laty wkłuwają się we mnie jak igły w krawiecką poduszeczkę. Chłonę je aż po główki. W końcu jednak siadam, nieco odważniej niż na samej krawędzi nogi, a rękawy t-shirtu stają się jeszcze pełniejsze. Zadziwia mnie jego nerwowość i mam niemal ochotę przyłożyć dłoń do ust, gdy orientuję się, że wkraczamy w ten obszar życia, którego nigdy dotąd nie odwiedził.

Znów przelatuje przeze mnie chwila, gdy dumam nad własną walecznością. Jestem bardziej drapieżna niż lwica mająca na wykarmieniu potomstwo. Bo odnoszę wrażenie, że Justin jest jakimś rodzajem mojego potomka, który od urodzenia nie miał w ustach życia.

-Mam zrobić coś jeszcze? - pytam drżącym głosem. Zbyt wiele dotyku. - Pokazać mu cycki? Zapytać, czy zna rozmiar mojego stanika?

-Noelle! - krzyczy ojciec.

Ale słyszę jego krzyk tylko połową ucha, bo Justin prostuje się i opiera podbródek na moim ramieniu. Choć jego ręce nadal tkwią głęboko w kieszeniach i choć szepcze mi do ucha:

-Siedemdziesiąt B.

Czuję jakąś namiastkę intymności, której mogłabym wynająć pojedynczą komórkę w moim ciele.

Jego podbródek jest ciężki, a zarost kłuje mnie przez bluzkę, ale z jakiegoś powodu wydaje mi się, że nie szpeci mi ramienia, i akceptuję jego niewymiarowe kształty po kres przesłuchania.

Uciekam przed tatą długim korytarzem i schodami ewakuacyjnymi, bo nie chcę z nim rozmawiać, bo nie chcę tłumaczyć mu po raz kolejny, że Justin nie jest w posiadaniu wiedzy, jak dokonać prania mózgu, bo nie chcę wracać z nim do domu, do końca dnia siedzieć na fotelu w salonie i wysłuchiwać, że jeśli rodzina dowie się o tym wszystkim, będziemy skończeni w tej małej rodzinnej społeczności.

Harry zachowuje typowy dla siebie, neutralny wyraz twarzy, gdy oblegamy jego samochód, Justin z przodu, ja niepocieszona na tyłach. Odjeżdżamy sprzed komendy w tej samej chwili, w której mój ojciec wychodzi głównym wejściem w kaskady popołudniowego słońca. Kurczę się na siedzeniu i zjeżdżam na wycieraczkę, ale to nic nie daje, bo: 1) Harry jeździ samochodem, który byłoby widać z drugiego końca Bostonu i przede wszystkim 2) Justin otwiera szybę na oścież i macha do mojego ojca jak prosię, które uciekło z rzeźni. Gdy oczy ojca zmieniają się ze spodków w strusie jaja, wiem już, że nie chodzi jedynie o rękę. Widzi swoją koszulkę z nadrukiem klubu motocyklowego, do którego nigdy nie wstąpił, i cieszę się, że odjeżdżamy, zanim piana wypływa mu przez usta.

-Ładne przedstawienie - komentuje Justin. - Ale nie musiałaś mi siadać na kolanach. Przez twój kościsty zad zrobił mi się siniak.

Kręcimy się chwilę w dzielnicy, której Harry nie zna zbyt dobrze, a gdy wyjeżdżamy na drogę przelotową przez miasto, jakoś tak się dzieje, że wszyscy na raz zaczynamy zastanawiać się, w jaki sposób skonsumować ten dzień. Wtedy Justin, w dźwiękach naszej wyraźnej dezaprobaty, oznajmia, że na jego liście mieszkań do ewentualnego wynajmu została już tylko jedna pozycja i jako że stracił cały dzień na poszukiwaniach, chce stracić go do końca, bo wie, że nie zrobi dziś już ani jednej pożytecznej rzeczy. Przez chwilę chcę go zapytać, jakie pożyteczne rzeczy robi na co dzień, ale gryzę się w język.

Justin wyciąga ze skrytki przed fotelem pasażera mapę Bostonu i kieruje nas do ścisłego centrum, nieczęsto jednak zamieszkiwanego na dłużej. Wjeżdżamy w ciąg zabytkowych kamienic ze zdobieniami na parapetach i przejeżdżamy od klatki do klatki, aż Justin wykonuje nerwowy manewr, gdy orientuje się, że dotarliśmy na miejsce, i Harry wjeżdża na pobocze.

Zerkam w górę na kamienicę. Jestem onieśmielona jej pięknem, jeszcze zanim wchodzimy do środka. Klatka schodowa nie zapiera mi w piersi tchu, ale nie zniechęcam się i wchodzę za Justinem, dziarsko drepczącym po schodach, na ostatnie, piąte piętro. Przez krótką chwilę przed otwarciem drzwi jestem niespokojna, ale cała obawa znika, gdy widzę w progu kobietę w hipisowskiej sukience po kostki i skórzaną opaską podtrzymującą splątane włosy. Co prawda nie jest książkowym przykładem człowieka takim, jakim widzą go nasi przodkowie, ale wygląda zdecydowanie znacznie poważniej niż kobieta o nierównych piersiach.

Jest pierwszą osobą, której Justin ściska dłoń, zanim wchodzą do wnętrza mieszkania. Również ja jestem poproszona o uścisk dłoni, i Harold, i gdybyśmy przyprowadzili ze sobą psa, kota czy złotą rybkę, każde z nich zostałoby równie gorliwie wyściskane.

Mieszkanie nie jest duże, albo tysiące drobnych elementów zagraca jego metraż. Brak mu przedpokoju, wchodzimy od razu do salonu, całego w brązie, od posadzki wyłożonej deskami surowego drewna, po ściany, na których wszystkie odcienie brązu stoczyły ze sobą bój o dominację. W narożniku stoi kominek obłożony gdzieniegdzie zapiaszczonymi kamieniami. Szyby okienne zamknięte są w drewnianych ramach i zajmują zaskakująco niewielki obszar ściany. Meble wyglądają tak, jakby przywędrowały z poprzedniej epoki, ale żadne inne nie wkomponowałyby się tak dobrze w nieco przerażającą duszę tego mieszkania. Na prawo od kominka widzę otwarte drzwi, a dalej próg prowadzący do sypialni, gdzie niskie łóżko osadzone ledwie czterdzieści centymetrów nad ziemią łączy się z oknem wychodzącym na schody ewakuacyjne.

Spoglądam na Justina i nie mogę oderwać wzroku - jego oczy lśnią czymś, co mogłabym nazwać uwielbieniem. Nie mniejszym, niż uwielbieniem, z którym mój ojciec patrzy na mamę na ślubnej fotografii.

-Schody ewakuacyjne prowadzą na dach - informuje właścicielka tonem buddyjskiego mnicha. - Jeśli pan chce... - Wskazuje zachęcająco okno.

W następnej sekundzie Justin przeciska się przez okno otwierane pod górną futrynę, a ja przeciskam się za nim, bo jako jego wybawicielka poczuwam się w obowiązku, by towarzyszyć mu w drodze na dach.

Widok na zatokę portową jest imponujący, ale to nie on przyciąga uwagę Justina. Gdy docieramy na płaskie zadaszenie ogrodzone zdobioną balustradą, Justin wykonuje manewry pomiędzy betonowymi donicami i dotyka każdego napotkanego krzewu i pąka.

-Tu zasieję pelargonie - tłumaczy podekscytowanym głosem. - A tu zasadzę historyczną odmianę róży portlandzkiej. O ile uda mi się zdobyć jej nasiona.

Na dach wdrapują się właścicielka mieszkania i Harry, który uprzejmie odwija jej obszerną suknię z poręczy asekuracyjnej schodów. Kobieta przygląda się widokowi za balustradą, jej usta rozchylają się nieco i jestem pewna, że widzę pomiędzy nimi słowa. Ale to Justin odzywa się pierwszy, pytając:

-Kiedy mogę się wprowadzić?

-Choćby dzisiaj.

Ilość rzeczy będących w posiadaniu Justina jest zaskakująco niewielka, więc zapakowanie ich w karton i przewiezienie z mieszkania Harry'ego zajmuje nam półtorej godziny. Od początku podejrzewałam, że symboliczne rozstanie Justina i Harry'ego będzie wydarzeniem podniosłym i mocno intymnym, więc na tę chwilę wycofuję się w cień, a potem, jak oprócz torby i jednego kartonu Justin wynosi z mieszkania kołdrę ubraną w szarą zmiętą pościel i reklamówkę z prowiantem, który pozwoli mu przetrwać do jutrzejszego poranka, gdy znów odwiedzi Harry'ego, bo z żalu i tęsknoty rozboli go serce. Nie będę zdziwiona. Gdy dzielisz z kimś życie przez dwadzieścia lat, nagłe rozszczepienie jest gorsze niż amputacja.

Jako że nadszedł wieczór, a Harry nie zrobił nic, co miałoby związek z jego pracą zarobkową, zostaje w mieszkaniu, kiedy ja i Justin zapakowani w jego małej alfie romeo przemierzamy parę sąsiednich dzielnic, by dotrzeć do mieszkania.

Kaucja została wpłacona. Wysokość najmu za trzy kolejne miesiące również. Podpisana umowa spoczywa w teczce na dokumenty w mieszkaniu Harry'ego, a klucze do nowego życia kołyszą się w kieszeni Justina, z której wystaje breloczek z wiernie odwzorowanym wróblem. Wnoszę na piąte piętro komplet starej pościeli. Wędrując z nosem w zgięciu kołdry, czuję jego nocny zapach: potu, męskości i przytłaczającej samotności. Wącham kołdrę, w której nie spał nikt prócz niego.

Kiedy wchodzimy do wnętrza magicznego mieszkania przygniecionego stertą antycznych rupieci: metalowym stojakiem na parasole, tuzinem figurek słoni z różnie wygiętymi trąbami, trzema czajnikami do zaparzania herbaty i całym mnóstwem podobnych dziwności, przypominam sobie, że prawie nie pamiętam, jak brzmi głos Justina, bo odkąd podjął decyzję o natychmiastowej wyprowadzce, zasób jego słów stał się niepokojąco ubogi. Czekam w progu, aż zaprosi mnie głębiej, bo chcę rozruszać jego struny głosowe.

Ale on nic nie mówi. Stawia na podłodze karton, zaciąga się zapachem kurzu i farby olejnej, która gdzieniegdzie brudzi deski podłogowe, a potem, zauważywszy mnie w wejściu, przestępuje przez próg i wpycha mnie do wnętrza mieszkania. Ciężkie drzwi uderzające w futrynę informują mnie, że pacjent został wykąpany, przebrany i gotowy do eksperymentu pod tytułem "W jaki sposób podzielić się życiem z facetem, który złudnie nazywał swoje 'prawidłową egzystencją'".

-Późno już - mówię więc ja, bo chcę, żeby coś rozbrzmiało w powietrzu. Nawet jeśli to coś miałoby być najbardziej drętwym i niezręcznym wtrąceniem.

Justin ignoruje mnie. Wchodzi za aneks kuchenny i kładzie obie dłonie na wyłączonych palnikach gazowych.

Nie chcę wrócić do domu. Wolę obserwować, jak nowo wprowadzony w życie przedstawiciel odmiennego gatunku ludzkiego urządza nowo nabyte terytorium lęgowe.

Właśnie dlatego mówię:

-Ugotuj mi coś. - Kładę pościel na kanapie w pokoju dziennym. - Nie jadłam obiadu.

-Dostałem od Harolda dziesięć jajek. Mogę ci zaproponować jajecznicę, jajka sadzone, jajka gotowane na miękko, jajka gotowane na twardo albo omlet, w wersji słodkiej lub słonej z roztopionym serem i pomidorem.

-Ostatnie - zarządzam.

Siedzę na stołku barowym i przyglądam się, jak myje ręce i próbuje podwinąć rękawy, które sięgają mu niewiele poniżej szczepionki na odrę. Później wyjmuje z szafki głęboką salaterkę, sztuk dwie, do jednej wbijając same białka, do drugiej jedynie żółtka. Później, opierając miskę na lewym biodrze, ubija trzepaczką białka na całkiem sztywną pianę. Później miesza żółtka i dosypuje do nich mąkę. W tym miejscu chcę mu przerwać, ale przypominam sobie, że niegrzecznie jest wymagać jedzenia, a potem pouczać go w kwestii wykonania. Na koniec wlewa rozrobione z mąką i przyprawami żółtka w krawędź sztywnej piany i całość ostrożnie przelewa na rozgrzaną masłem patelnię. W efekcie skwierczeć zaczynają żółtka, a piana osadza się na wierzchu, by później zostać zamkniętą w złożonym w pół omlecie. Patrzę, jak napinają mu się ramiona, gdy kroi kawałek żółtego sera na kilka paromilimetrowych plastrów, to samo robi z pomidorem wydzielającym zapach pola rozgrzanego słońcem, i tak skomponowaną mozaiką przykrywa zarumieniony omlet. Soli, pieprzy, by na koniec podsunąć mi pod nos na podłużnym talerzu i stwierdzić:

-Nie powinnaś jeść smażonego na wieczór.

Jako że widziałam każdy jego kuchenny ruch i wiem, że pomiędzy suszoną bazylią nie przewinął się cyjanek potasu, kroję pierwszy kęs i omal nie dławię się jego apetyczną konsystencją ściętych żółtek utwardzonych mąką. Rozpuszczony ser rozpływa mi się między górnymi jedynkami i dopieszczanym wędzidełkiem, a kwaskowy posmak pomidora sprawia, że mam ochotę przeznaczyć całe kieszonkowe na wkład Justina w moją edukację kulinarną.

-Dobre - mówię z pełnymi ustami. - Naprawdę dobre. Kurewsko dobre.

Oczy Justina pęcznieją.

-Od kiedy zasób twoich przekleństw wykracza poza słowo "cholera"?

-Odkąd zderzyłam się z twoim talentem kulinarnym.

-Byłem kucharzem - przypomina. - Niedługo, ale byłem. Nie popijaj smażonego zimną wodą - wtrąca, wyrywając mi z dłoni szklankę. - Gotowanie to jedna z nielicznych rzeczy, którą akceptuję. Całkiem przyjemne, o ile w ostatniej chwili nie musisz biec do sklepu po brakujący składnik, a na gazie przypala ci się cebula.

Siada po drugiej stronie kuchennego blatu na drugim z czterech wysokich stołków, kładzie łokcie i nadgarstki, a palce splata. Chcę zapytać, dlaczego on sam nie je, dlaczego nie wbił dwóch jajek więcej i nie ukroił dodatkowego plastra sera, ale znów coś powstrzymuje moją ciekawość. Widzę tylko jego łagodne ślepia przeskakujące z talerza na mnie i myślę, że mój omlet wcale nie smakuje gwałtem.

A kiedy na zębach widelca dynda ostatni kawałek, szybkim ruchem uderzam nim w zamknięte usta Justina.

-Zjedz - nakazuję.

-Spiełdalaj - mówi przez zaciśnięte wargi. - Ten widełec był w twojej paszczy.

-Nie mam aft, próchnicy ani zapalenia migdałków. Nic ci się nie stanie, jeśli obliżesz mój widelec. - Przyciskam kawałek omletu mocniej do pieprzyka nad jego wargą. - Nie odpuszczę.

W końcu kąsa omlet jednym zębem i przeżuwa go jak podeszwę starego kalosza. Gdy przełyka, zauważam, jak nierozdrobniony fragment uwydatnia jego gardło. Mam skłonności do przesadzania, więc przez chwilę zamiast Justina w momencie przełykania, widzę indora ze zwisającym podbródkiem.

Przenosimy się do właściwej części pokoju dziennego, gdy nogi nie prowadzą mnie do wyjścia, a Justin zachowuje się na tyle uprzejmie, że nie wyprasza mnie ze względu na późną porę. Siadam na zapadającej się kanapie, podrywając kurz i wspomnienie przesiadującego na niej palacza. Chwytam poduszkę, przyciskając ją do brzucha, i podkurczam kolana do piersi. Czuję się dziwnie spokojna w tym spokojnym miejscu z niespokojnym człowiekiem, przy którym również powinnam być niespokojna. Ale jakoś nie mogę się do tego zmusić.

-Brak ci kultury - mówi Justin, krzątając się pomiędzy meblościanką ze starymi książkami o hiszpańskim malarstwie i niedużym oknem. - Mama powinna cię nauczyć, jak dziewczynki siadają na kanapie, kiedy mają na sobie spódniczki. Nie jestem pewien jak, ale wydaje mi się, że nie powinienem widzieć twoich majtek.

-Och, odwal się - burczę, okrywając się jego kołdrą. - Ja widzę twoje majtki nawet kiedy stoisz. Powinieneś nauczyć się nosić jeansy nieco wyżej.

-Nie mieszczą mi się na pupie - tłumaczy - dlatego, jak pewnie zauważyłaś, zdecydowanie częściej noszę dresy.

-I wyglądasz jak lump.

-Wolę wyglądać jak lump, niż jak obżarty wieloryb, który zaległ na mojej kanapie.

Nie rzucam w niego poduszką, bo wiem, że nie przyniesie mi jej z drugiego krańca pokoju. Zamiast tego, w sposób całkiem niekontrolowany, śmieję się na cały głos, odrzucając do tyłu głowę. I wtedy też pierwszy raz, a w każdym razie wydaje mi się, że pierwszy raz szczerze i bez zahamowań, słyszę śmiech Justina. Odrobinę chrząka jak prosie, odrobinę ryczy jak krowa, odrobinę kwiczy jak pisklę i odrobinę brzmi jak ktoś, kto orientuje się, że zaczyna żyć inaczej. Z ludźmi. Z którymi może się śmiać jak obora, chlew i cała reszta gospodarstwa rolnego.

Przestaję się śmiać, gdy widzę, jak Justin majstruje coś przy kominku, układając w nim drwa na kształt indiańskiego namiotu tipi, a potem podpala gazetę zapalniczką i upycha pomiędzy belki, parząc sobie palce i sycząc, gdy ssie przypieczony kciuk.

-Co, do diaska, wyprawiasz? - pytam nagle, chociaż to, co zamierzał zrobić, właśnie zrobił. Ogień zaczyna podskakiwać za okopconą szybką.

-Rozpalam w kominku.

-Na Boga, jest dwadzieścia stopni. Chcesz nas podusić? To twój pomysł na życie?

Pędem otwieram okno, które trzeszczy w starych drewnianych ramach. Do mieszkania wpada wiatr pachnący morską bryzą znad zatoki portowej.

-Mam nowy dom. A w tym domu kominek. Chcę poczuć się tak, jakbym był tu zaklimatyzowany.

-Mogłeś poczekać do zimy.

-I przez dwa kolejne miesiące czuć się jak w poczekalni? Mieszkam sam, mam prawo pić mleko prosto z butelki, wyjadać miód palcami, nie spłukiwać wody, zostawiać mnóstwo włosów po goleniu i mam również prawo rozpalić w kominku na początku października.

Nie kłócę się z nim, bo przyznaję mu rację we wszystkim, z wyjątkiem wzmianki o niespłukiwanej wodzie. Przede wszystkim przyznaję mu rację, że ja, jako powiew świeżości niekiedy odwiedzający jego włości, nie mam prawa dyktować mu warunków mieszkaniowych.

Justin siada na drugim końcu kanapy, wciąga stopę pod kolano. Oboje patrzymy w tańczący ogień, ale ja rozszerzam to spojrzenie o Justina. Zahaczam go co jakiś czas, by przekonać się, czy białko w jego oczach jest wciąż tak zastygłe.

-Wysikałaś się? - pyta nagle.

Mija chwila, nim uprzytamniam sobie, że powinnam jakoś zareagować.

-Nie - mówię więc. - A powinnam?

-Mówi się, że dzieci na widok ognia potrafią popuścić. Nie chciałbym, żebyś zasikała mi kanapę.

Dosięgam go prawą stopą, udaje mi się potrącić jego kolano, może nawet sprawić mu odrobinę bólu. Wtedy jego dłoń, duża i szorstka, co podkreślam przy każdorazowej styczności z nią, chwyta mnie za kostkę, a potem zsuwa się na bosą stopę i wgniata w przetartą tapicerkę kanapy.

-Nie popuścisz? - upewnia się, patrząc mi w oczy tak głęboko, że czuję się przeźroczysta.

-Nie popuszczę - odpowiadam na pograniczu szeptu. Patrzę w niego ze wcale nie mniejszą intensywnością i nie mogę przestać, choć od wysiłku łzawią mi oczy.

Wydaje mi się, że kiedy tak trzyma moją stopę, ma ochotę przesunąć po niej kciukiem, po skórze, ludzkiej skórze, kobiecej skórze, nawet tak nieseksualnej jak ta na stopie. Nie robi tego, bo wydaje mu się, że bliskość ma jakieś granice.

Nie ma.

Chociaż cieszę się, że nasz rodzaj bliskości jest tego nieświadomy.

-Dlaczego to robisz? - pyta Justin, chyba ciszej, niż zamierzał. - Dlaczego tu jesteś, siedzisz ze mną, gapisz się na mnie i nawet nie masz zamiaru popuścić na mojej kanapie? Tylko nie wmawiaj mi, że zamierzasz studiować psychologię, socjologię czy inne gówno, po którym skończysz jak Harold, bo nie uwierzę w ani jedno twoje słowo. Dlaczego chcesz mi pomóc? Dlaczego uważasz, że potrzebuję pomocy. I dlaczego w ogóle łudzisz się, że uda ci się zmienić we mnie cokolwiek? To jakbyś uczyła starego psa sikać do muszli.

-Nie jesteś aż tak stary - mówię wymijająco. - Po prostu przez chwilę zobaczyłam w tobie kogoś, kto nie dość, że pomocy potrzebuje, kto wręcz o nią woła, to jeszcze, zdawać by się mogło, w jakiś sposób na nią zasłużył. Oczywiście, więcej jest tych chwil, w których pukam się w czoło i myślę o sobie jak o skończonej idiotce, która próbuje nakarmić Afrykę jednym bochenkiem chleba. Ale wiesz, nawet gdyby ten jeden bochenek miał zaspokoić głód jednego człowieka na jeden dzień, myślę, że warto jest go poświęcić.

-Twoi rodzice mają cię za wariatkę. Twój były ma cię za ogromną wariatkę. Nawet Harold patrzy na ciebie jak na dziecko z wodogłowiem. Wiesz, co ja myślę? - zawiesza głos. - Myślę, że masz jakiś podskórny problem z poczuciem własnej wartości. I chcesz zbawić świat. A że nie możesz tego zrobić, zaczynasz maraton na ostatnim kilometrze i zabierasz się za ekstremalny przypadek, który prędzej przeciągnie cię na swoją mroczną stronę mocy, niż ulegnie i odwiedzi twoją. Jesteś całkiem milutka, raczej zrównoważona psychicznie, nie najbrzydsza i nie najgorzej pachniesz, więc co, u diabła, robisz tutaj ze mną?

Jego głos zdaje się mieć w sobie tyle zarzutu, że oczy zachodzą mi łzami i nie jestem w stanie tego ukryć, bo ręce z żelaza nie dają się podnieść znad kołdry.

-Nie rycz.

-Nie ryczę - odpowiadam niegrzecznie, a potem zaciskam wargi, bo nie chcę, by łzy wpływały we mnie kącikami ust.

-Wcale - mówi z ironią. - A te grochy, które spływają ci po twarzy, to skroplone białko oczne.

Wtedy prostuje się i zdejmuje T-shirt, po czym zwija go w kulkę i przyciska mi do twarzy, ścierając nie tylko łzy, ale również brwi, wszystkie zaskórniki z nosa i pierwszą warstwę naskórka. Dmucham w koszulkę nos, a potem oddaję ją Justinowi, by celnym rzutem trafił nią do stojaka na parasole.

-Późno już - powtarzam znów. - Powinnam iść. Idę.

-Weź kluczyki do samochodu - mówi. - Nie kręć się sama po nocach.

-Bez obaw - burczę. - Nie mam jak natknąć się na ciebie w kolejnej ciemnej uliczce, skoro siedzisz wygodnie przed kominkiem.

-Jest nas wielu - pociesza mnie. - Jesteśmy jak szczury, jak zaraza, która rozpierzchła się po mieście i przechadza się ciemnymi uliczkami po zmroku.

-Nienawidzę cię.

-Buzi.

Przeprosty w kolanach nigdy nie doskwierały mi tak jak teraz, gdy wziąwszy kluczyki z komody, próbuję przemaszerować przez salon krokiem hitlerowca na wojskowej defiladzie. Czuję się tak, jakbym w koszulkę Justina wysmarkała nie tylko pyłki i uliczny kurz, ale też część siebie odpowiedzialną za pionową postawę ciała, może układ kostny albo parę ścięgien. Jestem w trakcie chwytania klamki w drzwiach wyjściowych, dy głos Justina dociera do mnie z odległości niepokojącej połowy kroku.

-Pachniesz lepiej niż nie najgorzej i wiele brakuje ci do najbrzydszych. Doskonale wiem, że ty sama nie masz bladego pojęcia, dlaczego tu jesteś i co cię tu trzyma, i wiem też, że twoje dobre serduszko nie potrafi pojąć, że w tej skorupie, z którą się nie rozstaję, jest mi doprawdy bardzo wygodnie. - Wciąż koczując tuż za moimi plecami, poprawia mi pasek w spódniczce na wysokości lędźwi. - Ale wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? - Nie reaguję. - Podoba mi się, że zamierzasz spróbować zadomowić mnie na swojej jasnej stronie życia. A jeszcze bardziej podoba mi się, że moja ciemna strona zajmuje znacznie więcej miejsca niż twoja jasna, i że przez przypadek będziesz musiała zgasić światło.

Wracam do domu, myśląc o tym, że ogień w kominku był jedynym światłem w jego mieszkaniu.







~*~



ten rozdział jest obrzydliwie długi, wiem, ale FIZYCZNIE NIE MIAŁAM JAK go skrócić i no, właśnie dlatego jest jaki jest

powiem nieskromnie że ostatnie zdania to dzieło mojego życia, mimo że pisałam je w stresie , jednym okiem obserwując ogromną ćmę krążącą po pokoju. (biorę do ręki wszystkie pająki, chrząszcze i inne robactwo, które spotkam na drodze, ale nienawidzę, NIENAWIDZĘ ciem, ich jedynych)

i jeszcze jedno. ona została zgwałcona, on jest gwałcicielem, a ja mam wrażenie, że to opowiadanie, że oni, to największy goal, jaki kiedykolwiek pisałam. ktoś sie zgadza?

twitter/ask: paulaaa962