sobota, 2 grudnia 2017

Rozdział 24 - Ostatni Jedi


witam, piszę 'notatkę pod rozdziałem' nad rozdziałem, jako że nie wiem, ile osób czyta je pod:)
otóż mam ostatnio małe problemy z pisaniem, które polegają na tym, że za Boga nie wiem, co dokładnie pisać. stąd opóźnienia w rozdziałach i takie badziewie, jakie dostajecie tym razem. ale wiem, co będzie dokładnie w kolejnym rozdziale, więc możecie mieć pewność, że będzie dużo lepszy!




Podpisanie dokumentów nastąpi w terminie wskazanym przez Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, o którym to osoba uprawniona do podpisania zostanie zawiadomiona pisemnie.
Kiedy pracownica opieki społecznej opuszcza mieszkanie, zaczynam się zastanawiać, czy co wieczór przed snem przyswaja prawniczy żargon, czy w ciągu lat praktyki sam przesiąkł jej do krwi. A potem zaczynam się zastanawiać, czy ubrana w kołdrę nie jestem przypadkiem zbyt naga, by zawierać nowe, specyficzne, damsko-męskie znajomości.
Niewątpliwie Justin podąża tym samym tokiem myślenia, bo jego intensywne spojrzenie próbuje wytworzyć nieprzeźroczystą płachtę ochronną, pod którą stanę się mniej naga niż zakonnice. Pracuje nad wytworzeniem tymczasowej burki z poszwy i pierza kołdry.
Natomiast Ethan, tajemniczy, wykolczykowany i obsmarowany podskórnie tuszem Ethan zdaje się być jedynym, który tę odrobinę kołdry postrzega jako obszerny zimowy kożuch i poprzez impulsy telepatyczne, niezbyt dosłowne i jawne, bo oficjalnie, jako osoby skrajnie obce, nie powinniśmy zaszczycać się choćby samymi spojrzeniami, daje mi do zrozumienia, że jeśli, nie daj Boże, przegrzałabym się pod puchem kołdry, podłoga jest wystarczająco czysta, by zostawić na niej swą odzież wierzchnią.
Nie jestem pewna, czy jego spojrzenie powinno mi schlebiać, czy nie powinno. Co więcej, nie jestem pewna, czy to robi, czy tego nie robi.
-To ja się może ubiorę - dukam po czasie odrobinę zbyt długim, by wynikał z naturalnej selekcji faktów.
A potem znikam w sypialni, by nie dać im szansy zbyt długiego obserwowania uosobionego obrazu zażenowania w jego naturalnym środowisku.
Ubieram się w pośpiechu. Nie sprawdzam, czy bluzka zdobiąca moją pierś jest na prawej czy lewej stronie. Nie sprawdzam nawet, czy należy do mnie. Sprawdzam tylko, czy aby na pewno ją mam. A gdy już nie mam wątpliwości, że jestem mniej naga niż ubrana, wracam do braci, którzy w trakcie mojej nieobecności nie poruszyli powietrzem w salonie. Stoją w tych samych pozycjach, jak gladiatorzy w koloseum, obierając najodpowiedniejszą strategię pokonania przeciwnika bez wykonania zbędnego ruchu. Bez wykonania jakiegokolwiek ruchu.
-Pozwolę sobie przerwać tę uciążliwą ciszę - oznajmiam. Ubrania dodają mi koło pięćdziesięciu procent do dotychczas skromnej odwagi. Podchodzę do Ethana z pokojowo wyciągniętą dłonią. - Jestem Noelle.
-Ethan - odpowiada, ściskając ją ze średnim poziomem delikatności. Coś w uścisku jego dłoni sprawia, że gdyby Justin zdecydował się na badania genetyczne, gorliwie bym mu je odradziła. W jego liniach papilarnych wyczuwam podobieństwo genów.
Ale uciążliwa cisza ponownie wkracza do gry, kiedy tylko decyduję się stanąć w cieniu. Justin patrzy na Ethana, Ethan patrzy na Justina, i nie robią nic, by samo to patrzenie pchnąć we właściwym kierunku. Ostatecznie jednak mądrzejszym okazuje się Ethan, być może przez wzgląd na niepewne miejsce noclegowe, i podchodzi do Justina dostatecznie blisko i dostatecznie daleko, tak by złamać jakiś dystans, ale by inną jego odmianę wciąż zachować.
-Więc mam brata - mówi głosem, w kórym nie czuję spięcia. Spięcie rozlało się po jego ciele, oczyszczając głos. To samo spięcie sprawia wrażenie, że podkradł swój T-shirt, niemal pękający w bardziej obcisłych obszarach, z szafy młodszego brata.
-Więc mam brata - odpowiada Justin, nie całkiem pojmując, że odpowiada się wyłącznie na pytania, a stwierdzenie Ethana pytaniem nie było.
Następuje wymiana uścisków dłoni i imion, które obaj powinni doskonale znać. Potem przyglądają się sobie w kwestiach jakiegoś przedziwnego zagrożenia, które zdają się w sobie widzieć, a na koniec Ethan upuszcza sportową torbę na geometryczny środek salonu i chyba wtedy następuje moment jego aklimatyzacji w nowym środowisku.
-Nie łudź się, że bycie twoim ojcem zastępczym choć przeszło mi przez myśl - oznajmia Justin.
-Nie przejmuj się - odpowiada Ethan głosem wyjątkowo niskim i chrapliwym jak na swój wiek. Słyszę w tym głosie tytoń. - Jako że nigdy nie odczułem rodzicielskiej opieki, nie będzie mi tego przesadnie brakować.
-Cieszę się, że choć w tej jednej kwestii się zgadzamy.
-Nie znam żadnej, w której byśmy się nie zgadzali - odpowiada inteligentnie. - Ani żadnej innej, w której byśmy się zgadzali. Nie znam żadnej kwestii, o której byśmy choćby rozmawiali. I na dobrą sprawę nie przypominam sobie, żebyśmy w ogóle kiedykolwiek rozmawiali.
-Nie miałem pojęcia, że moja - chrząka - rodzina powiększyła się przeszło siedemnaście lat temu - wyjaśnia, a brzmi to jak przyznanie się do winy i jednoczesny żal za grzechy. - Ale skoro tu jesteś i ja tu jestem, i jest tu jeszcze ona - wskazuje mnie koniuszkiem palca - więc zacznijmy od punktu zero w punkcie zero i może się sobie przedstawmy. Justin. - Wyciąga do niego rękę, a ja, nie wiedzieć czemu, jestem przekonana, że Ethan nawet nie myśli jej uścisnąć.
-Wiem, jak masz na imię. To jedyna rzecz, którą o tobie wiem. I jedyna, którą ty powinieneś wiedzieć o mnie.
Lód, który aż dygocze w jego słowach i sposobie, w jaki je wypowiada, rozwiesza wokół mnie przeraźliwie długie sople. Niemalże tak samo długie, jak te, które nieustannie zawiesza Justin. Ich braterstwo jest niemal namacalnie wyraźne.
Justin decyduje, że wycieczka oprowadzająca po mieszkaniu będzie słusznym pretekstem do przerwania ciszy. Pokazuje mu więc szafę w salonie, dywan w salonie i paczkę papierosów stanowiącą istotny element wystroju salonu, a potem łudząc się, że Ethan potrzebuje komentarza do każdego salonowego mebla, zaznacza również obecność komody, szafki pod telewizor i samego telewizora. Potem prowadzi Ethana do sypialni, aa tam porzucona zużyta gumka na łączeniu desek podłogowych wydaje się być jedynym godnym zainteresowania obiektem. Z kolei ja jestem jedyną, która udając, że wcale jej nie dostrzega, jednocześnie próbuje przykryć ją podeszwą stopy, bez jednoczesnego dotykania jej, mimo że w teorii tylko mój materiał biologiczny znajduje się na zewnętrznej powierzchni.
Justin wymawia się pilną potrzebą skorzystania z toalety i wychodzi z sypialni, zostawiając mnie na pastwę nie mniej dziwnego z braci. Nie zastanawiam się dółougo nad tą dziwnością, bo wkrótce obnaża ją przede mną w pełnej okazałości.
-Doszłaś, czy musiałaś udawać? - pyta zuchwale.
-Słucham? - Powietrze gęstnieje mi w piersi.
-Doszłaś, czy musiałaś udawać - powtarza tonem pozbawionym znaku zapytania.
-Nie udawałam - oznajmiam, nie wiedząc, czyją dumę ratuję bardziej: swoją czy Justina.
-Czyli po pierwsze: jest kiepski; i po drugie: nic do niego nie czujesz. Gdyby nie był kiepski, nie musiałabyś brać udawania pod uwagę, a gdybyś coś do niego czuła, udawałabyś, żeby nie skrzywdzić jego męskiej dumy.
Przez chwilę jestem tak wypełniona pianą i wymieszanymi z nią wszystkimi negatywnymi emocjami, które we mnie rozpalił, że całkiem zapominam o podtrzymywaniu naszego honoru na rozsądnym poziomie.
-Kto dał ci prawo, by wtykać nos w tak intymne kwestie?
-Wy, złotko - stwierdza, a złotko w jego ustach brzmi niemal równie niesmacznie co w ustach Justina. Bracia do kwadratu. A może nawet i do sześcianu. - Twój facet zaprasza mnie do sypialni, gdzie na podłodze zastaję gumkę i zmiętą kołdrę. To jak zaproszenie do komentowania. A ja jedynie z tego zaproszenia skorzystałem.
Znów jestem pełna tego, co ogranicza mój zasób słów, więc, również znów, pozwalam się temu zasobowi zapełnić. I kiedy po kilku minutach znów jestem gotowa, by przedstawić ripostę, którą on rozgniecie w palcach jak karalucha, do sypialni wraca Justin i pyta, o czym gawędzimy. W ramach odpowiedzi zmieniam pomieszczenie tak, by nie znajdowało się w nim dwóch Bieberów jednocześnie, i tym sposobem daję Justinowi do zrozumienia, że Ethan nie jest bratem, którego wolę. A jako że Justin nie posiada zmysłu, który pozwoliłby mu słusznie odczytać moje sygnały, proponuje Ethanowi powrót do salonu, bo jako mój równieśnik z całą pewnością preferuje konwersację ze mną. A Ethan owszem, preferuje konwersację ze mną, jako że jestem płcią żeńską, którą niezwykle łatwo zalać tężejącym zawstydzeniem.
I wszystko staje się takie nieprzyjemnie przejrzyste. Lubiłam tę mgłę, która zwykle spowijała mi oczy. Teraz zaczęła się skraplać. I jestem niezadowolona, odkrywając przymusową rolę śliskiej, udającej orgazm dżdżownicy, która nie potrafi kontrolować emocji przed wścibskim intruzem.
Trwam odwrócona plecami do obu braci. Wtedy Ethan, który doskonale rozumiał moją niechęć do rozmowy z nim, oraz Justin, który chyba zaczął ją z wolna pojmować, zaczynają wymieniać się półsłówkami, które zmieniają się w połówki zdań, aż w końcu w całe niezbyt rozbudowane zdania.
Dopiero wtedy znajduję dłuższą chwilę, by przedyskutować z samą sobą wszystko to, co zaszło między mną i Justinem niespełna godzinę temu, cały ten absurd i odrazę, którą czułby każdy poinformowany. Jestem w śród tych każdych. Moja odraza nie jest odrazą zwyczajną, pijaną czy też naturalnie postępującą wraz ze wszystkimi innymi odrazami. Moja odraza jest odrazą trudniejszą do przyswojenia. Jest odrazą, którą czuję do siebie za brak jakiejkolwiek innej odrazy.
Mimo wszystko seks z Justinem mogę porównać do dużej pięści tłustych orzechów brazylijskich - tak dużej, że ciężko osiadła na żołądku i wywołała zgagę. Proszę Justina o szklankę wody, ale to nie pomaga. Nadal to wiadome 'coś', co wolę nazywać konspiracyjnym cosiem, piecze mnie poniżej przełyku.
-Odwieź mnie do domu - mówię, nie prosząc. Wiem, że prosząc, oczekuję bożonarodzeniowego cudu w okresie wystarczająco dalekim Gwiazdki, by mógł zaistnieć.
Zanim Justin odpowiada coś, co mógłby odpowiedzieć, by dać wyraz swojemu niezadowoleniu, słyszę głos Ethana:
-Jesteście razem?
-Tak - stwierdza Justin.
-Nie - stwierdzam jednocześnie ja. 
Nasze przeciwstawne głosy tworzą coś w rodzaju bełkotu, który prędko wywołuje uśmiech w kącikach ust Ethana. Znam go zbyt krótko, by określić nasilenie sarkazmu w tym geście.
-Jesteście wyjątkowo zgodni.
Justin, zakładając buty i kurtkę, udowadnia, że zna podstawy dobrego wychowania, mówiąc Ethanowi, by rozgościł się w tych niewielkich przestrzeniach i czuł się w dwudziestu procentach równie wygodnie jak u siebie. Paradoksalnie jest nigdze indziej tylko u siebie, ale nie poprawiam tego drobnego (celowego) przejęzyczenia. Nie chcę bowiem, by Ethan czuł się nazbyt swobodnie. Obawiam się, że jego swoboda w znacznym stopniu ograniczy moją swobodę.
Mroźne powietrze listopada dusi mnie w gardle w drodze przez szerokość ulicy, do miejsc parkingowych. Wsiadamy do samochodu, Justin włącza ciepły nawiew z wentylatorów pomiędzy nami. Jestem w stanie zamienić jego mieszkanie, które nagle zaczęło obrastać chłodem, na to przyjemnie duszne zacisze.
-Interesujący z niego gnojek - oznajmia Justin, zapalając papierosa wątpliwie użyteczną zapalniczką. Parę razy zaciąga się przy zamkniętych oknach, a kiedy w końcu orientuje się, że nie zacznę oddychać, dopóki nie da mi tego, czym mogłabym odetchnąć, oddaje mi oddech i otwiera okno. - Nie zawiązuję nici przyjaźni z ludźmi, którzy na każde moje słowo są w stanie odpowiedzieć dwoma.
-Chcesz przez to powiedzieć, że nie potrafię zgasić żadnej z twoich ripost?
-Chcesz przez to powiedzieć, że dostrzegasz między nami nić przyjaźni?
Rzeczywiście nie mogę się z nim równać. On jest jak chodząca inteligencja zarządzająca sektorem złośliwości, kiedy ja jestem jego opakowaniem; zimą ochraniam go przed mrozem, latem osłaniam przed słońcem. Jestem wyczerpana fuchą na podwójnym etacie.
-Ten typ mi się nie spodobał - stwierdzam niedługo później.
-Naturalnie - oznajmia Justin. - Przeważnie pierwsze dziecko w rodzinie otrzymuje najlepsze geny odpowiadające za efekt wizualny. Niemniej jednak cieszę się,wiedząc, że nie jest dla mnie konkurencją.
Kiedyś usłyszałam, że kiedy dziewczyna obdarza mężczyznę niesilnym kuksańcem w ramię, odpowiedzialny jest za to ośrodek w mózgu ubogi w flirt. Uderzając, daje do zrozumienia, że jeśli usłyszy komplement o ładnych oczach, nie raczy się oobrazić.
Wiedząc to wszystko i wiedząc z całą pewnością, że Justin nie powie słowa o żadnej z ładnych części mnie, uderzam.
Jego ośrodek mózgu pracuje inaczej (zakładając, że w ogóle pracuje), i nie udaje obolałego, nie udaje więc, że ta imitacja flirtu w jakikolwiek sposób do niego dociera. Natomiast ja udaję nieświadomą, że obecny był w tym flirt. Nieźle wychodzi nam ta wzajemna zmowa milczenia.
-Co ci w nim nie pasuje?
Przez chwilę nie rozumiem. A gdy w końcu udaje mi się zrozumieć, potrzebuję chwili, by ubrać ten ciąg zażaleń we względnie ładne słowa.
-Mniej więcej wszystko to, co nie pasuje mi w tobie. Jest zarozumiały, wulgarny i wydaje mu się, że cały świat położył się u jego stóp tylko po to, by mógł go rozdeptać.
-Cóż za ironia - parska. - Wymieniłaś akurat wszystkie te cechy, które jestem gotów w nim rozwijać i pielęgnować.
-Obaj będziecie się dopingować w byciu gorszym, niż dopuszcza ustawa.
-To jedyny powód, dla którego pozwoliłem mu się rozgościć.
Kiedy rządam, by ruszał, rusza. A kiedy rządam, by nie wspominał o swoim bracie do czasu, aż będę zmuszona słuchać o nim ponownie, przestaje wspominać.
Jedziemy w ciszy przez miasto nasączone mgłą znad nabrzeża. Nie spoglądam na zegarek. Nie chcę widzieć kąta między wskazówkami. Nie chcę wiedzieć nic o sile wściekłości moich rodziców, dopóki się z nią nie skonfrontuję. Pytam Justina, czy uważa, że wciąż jestem ekstremalnie pijana, czy tylko delikatnie rozkołysana, bo nie jestem w stanie stwierdzić tego osobiście, ale on nie odpowiada. Nawet gdy czekam. Decyduję się więc na niego spojrzeć. Zastygł na długiej prostej, drodze przelotowej przez miasto, z potylicą wtopioną w zagłówek i papierosem zagłębiającym się w wargach jedynie w dwudziestu procentach długości. Wiatr wdzierający się przez szczelinę w oknie rozwiewa popiół opadający na jego kolano.
-O czym myślisz? - pytam, choć nie potrzebuję odpowiedzi. Chcę czymś wypełnić niewykorzystaną przestrzeń wokół nas. Słowa nie wydają się być najodpowiedniejszą rzeczą, ale nie mam nic innego.
-O tym, że naprawdę wskoczyłaś mi do łóżka. A może raczej wtoczyłaś się. Tak, wtoczyłaś to dość dobre sformułowanie.
-Mógłbyś nie stawiać mnie w sytuacji bardziej niekomfortowej, niż sama się postawiłam? Będę bardzo zobowiązana.
-Mogłabyś spróbować przekonać mnie, że całe to twoje wątpliwe poświęcenie rzeczywiście było poświęceniem? - Nie rozumiem tego przesłania i prowokacyjnie marszczę brwi. - Chodzi mi o to, że najpierw tłumaczysz, jak wielkim krokiem w stronę lepszego mnie jest to, co zrobiliśmy. Gdy przychodzi co do czego, demotywujesz mnie, mówiąc, że czegokolwiek bym nie zrobił, nie mam szans przesunąć się w dobrą stronę. A teraz, gdy powinnaś dyktować mi listę punktów i podpunktów wymagających udoskonalenia, ty udajesz, że dwie godziny temu przenieśliśmy się w czasie do tej chwili i że nic wartego omówienia nie miało miejsca. Czuję się bardziej wykorzystany, niż ty powinnaś się czuć.
-Nie wmawiaj mi, że ten seks miał dla ciebie jakiekolwiek znaczenie.
-Nie miał - mówi i nie mam problemów, by mu uwierzyć. - Ale tobie powinno zależeć, by to zmienić. A tymczasem jesteś niemal równie bierna co ja. Nie przywykłem do tego, że komuś innemu może nie zależeć tak bardzo, jak mi na niczym nie zależy.
-Jestem pijana, naderwana od środka i prawdę powiedziawszy fakt, że poszłam z tobą do łóżka, uderzy we mnie dopiero rano, kiedy obudzę się na kacu i uświadomię sobie, że wypiłam za mało, by wysłużyć się dziurą w pamięci. Nie rozmawiamy o tym, bo jeszcze nie zaakceptowałam, że w ogóle mamy o czym rozmawiać. Ten raz był pierwszym sprawdzającym razem, który zadecyduje, czy jestem odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku.
Chociaż słowa wypełniają mu usta, nie mówi nic, dopóki nie docieramy pod mój dom. Światła w oknach są zgaszone. To pozwala mi sądzić, że rodzice zrezygnowali z otwartej troski o mnie i ich nadzór sprowadza się do regularnego opłacania mojej edukacji i zapewniania mi tymczasowych warunków mieszkaniowych.
-Dobranoc - mówię, sięgając do klamki.
-Nie zdawałem sobie sprawy, że jesteśmy tak podobni - mówi on, co nie ma nic wspólnego z pożegnaniem lub życzeniem dobrej nocy, czyli tym, co powinien zrobić.  - Jesteś skrajnie nieuczuciowa. Przespałaś się ze mną. Ty. Ze mną. I wszystko to po tobie spływa.
-Powiedziałam ci przecież, że przestanie spływać, gdy...
-Gdy wytrzeźwiejesz? - wtrąca, uśmiechając się kwaśno. - Noelle, przecież ty nie jesteś pijana.
Wchodzę do domu, nie doczekawszy się pożegnania.

***

-Musimy poważnie porozmawiać, Noelle Whitford.
Słyszę te słowa z samego rana, gdy głowa, wbrew temu, co niedorzecznie twierdzi Justin, pulsuje mi dowodem wczorajszego pijaństwa. Niemniej jednak ton jego głosu jest jak zarodek niepokoju, który lokuje się w mojej macicy i wstępuje w fazę rozrostu.
Dlatego pod pretekstem dotarcia do szkoły na czas, do której swoją drogą nie zamierzam dotrzeć ani na czas, ani wcale, pożyczam samochód mamy, który w garażu zarasta kurzem, i jadę do McDonald's ulokowanego w centrum, wdzięczna, że poranne godziny szczytu wysychają przed dziesiątą. Docieram na miejsce, parkuję, podchodzę do stolika, przy którym je tosty z pieczarkami. Pozwalam sobie usiąść i wziąć jednego z tych po mojej stronie stołu.
-Musimy poważnie porozmawiać, Noelle Whitford - mówi, przerywając przeżuwanie. Połyka to, co ma w ustach, niezmielone kawałki przepychają się boleśnie przez jego przełyk, odkształcając go.
-Jestem zaniepokojona - mówię zgodnie z prawdą. Wyraz jego twarzy każe mi się zastanawiać, czy mój zarodek niepokoju nie przeniósł się jednym skokiem do dziewiątego miesiąca.
Justin unosi nieco biodra, by wsunąć rękę do kieszeni. Pomiędzy tacami na stoliku kładzie pozytywny test ciążowy.
-Noszę pod sercem twoje dziecko - oznajmia poważnie. - Zapłodniłaś mnie.
Kręci mi się w głowie. Przez przemożną chęć śmiechu i wstrzymywanie go, żyłki i pnącza nerwowe zaczynają pękać mi w mózgu. Boję się, że dojdzie do tragedii, więc przenoszę to napięcie w inne części ciała i mam nadzieję, że purpura z wolna schodzi z mojej twarzy.
-Chcesz mi powiedzieć, że ciebie ta sytuaja - przeżuwa język - bawi? Że mój stan błogosławiony powoduje u ciebie napady śmiechu? Nie takiej reakcji się po tobie spodziewałem. Sądziłem, że będziesz dojrzałym ojcem, że otrzymam od ciebie niezbędne wsparcie i słowo otuchy.
-Słowo otuchy - powtarzam. - Chcesz słowo otuchy? Żaden problem. - Przełykam kęs tosta, roztopiony ser ciepłem ogrzewa mi przełyk. - Kupiłeś ten test osobiście?
-Kupiłem.
-Robiłeś ten test osobiście? 
-Robiłem.
-Zdajesz sobie sprawę, że pozytywny test ciążowy wykonany przez mężczyznę może oznaczać nowotwór jąder?
Jego uśmiech gaśnie jak światła w sali kinowej -  płynnie zmniejszając swoją jasność, ku całkowitemu zaciemnieniu. Czerpię satysfakcję z tego stopniowanego przerażenia.
-Niewykluczone, że czeka cię amputacja. Będziesz wybrakowany, prawie tak jak ja byłam wybrakowana, gdy bezwłasnowolnie mnie rozdziewiczyłeś. Ale pomyśl o pozytywach. Zaoszczędzisz na maszynkach do golenia, kiedy będziesz mniał mniejszą powierzchnię do obrobienia.
Ostatnie kęsy pęcznieją mu w ustach i wypychają policzki jak chomikowi. Dziurki od nosa ma szersze, niemal tak szerokie, że zmieścić bymw  nich mogła kule bilardowe. Falują jak u byka, który treść moich rewelacyjnych informacji postrzega jako wybitnie nieapetyczne. W końcu podrywa z siedzenia, a ja, zorientowawszy się, że test ciążowy posiada ślady justinowej uryny, rezygnuję z zabrania go do pudła pamiątek.
-Muszę się przewietrzyć - oznajmia burkliwym tonem.
Zdaje mi się, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy na moje dwa słowa, Justin odpowiada jednym. Wypełnia mnie to nieograniczoną satysfakcją. Jest jej tak dużo, że moje drobne ciało wydaje się być niewystarczające.
-Napijesz się kawy? - pyta.
Potwierdzam skinieniem. Wie, jaką piję, i nie cierpi na nieuzasadnione zaniki pamięci, więc nie pyta. Idzie zamówić, a ja czekam na niego na powietrzu, w strefie dla biernych palaczy, którzy nie paląc, wdychają cudzy nałóg. Wydaje mi się, że oddychając nim w otoczeniu Justina, uzależniłam się od braku świeżego powietrza i kiedy nie ma go przy mnie, bezwiednie wędruję tam, gdzie mogę podtruć się bardziej.
Pojawia się wkrótce potem. Palcami przysłania świąteczne wzorowanie papierowych kubków. W tej kawie czuję jakąś pierwszą, bardzo delikatną woń nadchodzącej Gwiazdki.
-Gorzka - oznajmia, w razie gdybym nie wiedziała, jaką kawę zwykłam pić.
Wskazuje pobliski park, więc przechodzimy przez dwie ulice i obieramy jedną z alejek - Justin ją obiera, a ja po prostu godzę się na jego wybór.
Jest niepokojąco cichy. Nie znam go dobrze i nie sądzę, że kiedykolwiek poznam go tak, jak poznać można każdego innego, ale z zebranych przeze mnie informacji o nim wynika, że milczenie zawsze jest przedsionkiem czegoś większego. Czekam na ten większy element do skrzyżowania alejek parkowych. Nie zmieniwszy trasy, odzywa się:
-Jesteś przeciwniczką Gwizdnych Wojen?
Nie spodziewam się czegoś większego w takiej formie. Jestem nawet nieco rozczarowana.
-Nie jestem - odpowiadam. - Może nie jestem fanatykiem, ale zdarzyło mi się obejrzeć każdą z części przynajmniej po razie.
-Tak sobie pomyślałem, że skoro nie żywisz nienawiści do mieczy świetlnych i klanuu Jedi, może poszłabyś ze mną na najnowszą część? Wchodzi do kin w przyszłym tygodniu.
I oto nadchodzi element przytłaczająco wielki, choć nikt prócz mnie nie zobaczyłby jego rzeczywistego ogromu. Piję gorącą kawę sporymi haustami, pozwalam jej parzyć język i migdałki. Mój dylemat tkwi w jednym szczególe: czy powinnam odpowiedzieć jedną z dwóch standardowych odpowiedzi - tak lub nie - czy zaryzykować i wydać z siebie dźwięk, którego za nic w świecie nie powinnam wydawać.
A jednak to robię.
-Zapraszasz mnie na randkę.
-Pytasz, czy twierdzisz?
-Twierdzę. Zapraszasz mnie na randkę - powtarzam wyraźniej.
-W żadnym wypadku. To nie randka. To wyjście do kina na cholerne Gwiezdne Wojny.
-Jeśli to nie randka, dlaczego się irytujesz i unosisz głos?
-Gwoli ścisłości, całe moje życie to nieprzerwana irytacja, a unosząc głos, mam tę przyjemną świadomość, że ludzie trzymają się ode mnie z daleka.
-Zapraszasz mnie do kina, chcąc, bym trzymała się od ciebie z daleka? - pytam, coraz cichsza, ale i coraz pewniejsza, że żaden błąd nie zakradł się w moje kalkulacje. - Zamierzasz kupi bilety po przeciwnej stronie sali? - dopytuję. - Justin, właśnie niemal nieświadomie zaprosiłeś mnie na randkę.
-To nie jest randka - zapiera się rozgoryczony.
-Ależ jest. Randka. Rand-ka.
-Nie łudź się.
-Nie okłamuj się.
-To nie randka.
-Ależ owszem.
-I chuj - wybucha w końcu. - Niech będzie i randka. Zapraszam cię na pieprzoną randkę do pieprzonego kina na pieprzone Gwiezdne Wojny - przyznaje. - Czy to sprawiło, że czujesz się lepiej?
Przyspiesza kroku, garbiąc kark. Nie odrywa ust od dziurki w plastikowym wieczku kubka. Ma przez to nadzieję, że nie zobaczę jego skrępowanego spojrzenia. 
Nie muszę patrzeć, by wiedzieć, że jest. Wystarczy mi świadomość stanu, w jakim znalazł się przez mój spryt i potrzebę ryzyka. 
Bo prawdę powiedziawszy nie miałam nawet procentowej pewności, że to podobieństwo do randki jest rzeczywistą randką. 
Nie wiem, co ryzykuję teraz, ale wiem, że ryzykuję. Bo mówiąc:
-Tak, pójdę z tobą na tę pieprzoną randkę,
adrenalina bulgocze mi w brzuchu, jakby była jednym składającym mnie hormonem.