piątek, 29 września 2017

Rozdział 21 - Przygotowanie praktyczne


ROZDZIAŁ ABSOLUTNIE NIESPRAWDZONY + NOTKA PRZEPRASZAJĄCA POD ROZDZIAŁEM




Mgła w kolorze dymu tytoniowego oblepia trawę, gdy rankiem budzę się zdziwiona, że jednak zasnęłam.
Nie czuję się komfortowo z lewą piersią spłaszczoną na równi z żebrami, wciśniętą w dno śpiwora i niżej w trawę, ale w tym odzieżowym splątaniu, w którym nadal trwamy, nie jestem w stanie zrzucić wciąż śpiącego Justina ze swoich pleców. Jego ręka wychodzi daleko poza śpiwór, przerzucona przez moje łopatki, łydki ograniczają oddech moim, a niezidentyfikowana wydzielina z jego nosa albo ust spływa mi nieopodal ucha. Próbuję odwrócić nas choćby na bok, naprawdę próbuję, ale to tak, jakbym próbowała żonglować cysterną, nieruchomą i niewygodną w uchwycie. 
Kopię go więc po kostkach, chociaż ledwie do nich dosięgam i ogromnie wiele trudu kosztuje mnie wyprężenie palców u nóg. Budzi się zaskakująco prędko i albo jego sen wisiał na cieniutkiej nici, albo moje kopnięcia miały w sobie coś otrzeźwiającego. Obraca się chyba bezwiednie, chcąc uciec przed niewygodą, która gniecie go w pierś, a dopiero potem, leżąc na plecach, orientuje się, że wciąż jestem do niego doczepiona i że pociągnął mnie na szczyt siebie. Dalej nie możemy mówić o wygodzie.
Choć teraz mam szansę rozpiąć bluzę. Mocuję się chwilę z zamkiem błyskawicznym i niesentymentalnie żegnam się z ciepłem, które ocaliło mnie tej nocy. Siadam w śpiworze wyprostowana, przecieram oczy, rozciągam mięśnie tułowia. Dopiero wtedy opieram dłoń na jego splocie słonecznym i spoglądam mu w twarz. Mam nadzieję, że ekstremalnie wysoki poziom, na który wkroczyła nasza zażyłość, peszy go nie mniej niż mnie.
Ale nie peszy. Wręcz przeciwnie, zaczynam się zastanawiać, czy Justin nie cierpi na brak pamięci krótkotrwałej. W końcu deszcz nie padał tak mocno, by zmyć z niego wszystko to, co wczoraj na nim zostawiłam.
-Nie myślałaś kiedyś o karierze zawodowego stracha na wróble? - pyta podparty na prawym łokciu. Jego mięśnie napinają się tak mocno, że martwię się o szwy jego skóry. - Bo z samego rana nadajesz się do tego idealnie.
Nie chcę reagować zbyt impulsywnie, ale ręce same rwą mi się do ataku. Justin blokuje oba moje ciosy, zamykając niepokorne pięści w swoich dłoniach. Mógłby zgnieść je jak dwie piłeczki antystresowe, ale nie robi tego. Uznaje chyba, że jego złośliwości zasługują na pewną dozę agresji. Nie przeczę temu. Owa doza powinna być tak ogromna, by przygniotła go i roztarła w trawie tak, by nikt nie odróżnił pozostałości jego jelit od porannej rosy.
-Absolutnie nie umiesz prawić kobietom komplemetów - stwierdzam. - Chyba muszę dopisać to do listy rzeczy, których powinnam cię nauczyć, zanim nadejdzie Dzień Wielkiego Podrywu.
-Próbuj. - Uśmiecha się wyzywająco, opierając ciało już nie na jednym, a na dwóch łokciach. 
Zaskakująco dobrze wygląda rzeźba jego ciała w tej wysiłkowej pozycji. 
Wychylam się ze śpiwora, zrywam najbliżej rosnącą koniczynę i trzymając ją między opuszką palca wskazującego i kciuka, zatrzymuję w odległości długiej linijki od twarzy Justina.
-Kwiatek - stwierdzam. - Może nie tak rozrośnięty jak te porastające twój ogród, ale kwiatek. Powiedz o nim coś miłego.
-Nie wiem, czy koniczynę można podpiąć pod rodzaj kwiatka - mamrocze.
-To bez znaczenia. Jeśli przeszkadza ci nazywanie koniczyny kwiatkiem, znajdź dla niej jakąś inną nazwę.
-Na przykład koniczyna - wtrąca.
-Po prostu powiedz o tej koniczynie kilka przyjemnych słów.
-Jest mała. Zielona. Nieczterolistna.
-Nie proszę cię o charakterystykę, tylko o komplement?
-Jaki jest sens w komplementowaniu koniczyny?
-A jaki jest sens w prowadzeniu życia pochmurnego gbura, który nie potrafi powiedzieć miłej rzeczy wtedy, kiedy wypada powiedzieć jakąś miłą rzecz?
-Wybacz, złotko, ale jeśli masz do mnie pretensje, że przyrównałem cię do stracha na wróble, po prostu uczesz włosy.
Całą powierzchnią dłoni odpycham jego twarz ku kapturowi śpiwora. Śmieje się w moją linię życia i te, które ją otaczają.
-Sztukę komplementowania trzeba wyćwiczyć - ciągnę niezrażona. - Nie chcę, żebyś ćwiczył na mnie, bo nie chcę, żebyś pomyślał, że próbuję wyżebrać od ciebie jakiś komplement. 
-Próbujesz - zauważa ze śmiechem. - Nie wyszło z koniczyną, więc zaraz pokażesz mi zdjęcie Gigi Hadid. Wtedy ja stwierdzę, że to jest to, co mógłbym trzymać pod kołdrą. Ty oznajmisz, że chodzi o cechy pełne subtelności i innych pierdół, które próbujesz we mnie wyzwolić. Zgodnie dojdziemy do wniosku, że jesteś jedynym rekwizytem godnym komplementów w zasięgu wzroku i skończysz, wymyślając dla siebie komplementy, które każesz mi później wyrecytować. Możemy zatem ominąć cały proces rozpoznawczy i przejść do konkretów?
Uderza w mnie jego bezpośredniość, ale się nie zniechęcam. Wyszukuję w jego telefonie zdjęcie Gigi Hadid, on broni się wtrąceniem o zaplamionej pościeli. Później dochodzimy do wniosku, że w zasięgu wzroku nie ma nikogo, kogo w ostateczności mógłby popieścić komplementem, zatem wybiera mnie, ściska w dłoniach moje policzki, patrzy mi w gałki oczne, ale nie głębiej, dochodzi najwyżej do źrenic, i stwierdza:
-Jeśli się uczeszesz, masz szansę wyglądać mniej jak strach na wróble, a bardziej jak osoba, którą ewentualnie mógłbym skomplementować.
Nie umiem zakwalifikować swojej wściekłości do właściwej kategorii. Jestem wściekła, bo Justin skrupulatnie rujnuje mój szalony zamiar wprowadzenia go w normalność? Czy jestem wściekła, że ze wszystkich prostych komplementów, które same wciskają mi się do ust, on nie potrafił wyłowić żadnego?
-Rujnujesz moje poczucie własnej wartości - przyznaję. - Jeśli czujesz się z tym lepiej, cieszę się, że mogłam podbudować twoje.
-Tylko się z tobą droczę - mówi głosem, od którego robi mi się przyjemnie w okolicach mostka. - Wiesz, co nas różni? W dwojaki sposób definiujemy komplementy. Mógłbym powiedzieć ci ich wiele. Nie jestem tylko pewien, czy większość z nich naprawdę masz ochotę usłyszeć. Oboje się chyba zgodzimy, że jeśli wypłaczesz całe oczy, stracę jeden element, który mógłbym nieszkodliwie skomplementować.
Przeklinam go za bycie mężczyzną.
Rozpinam śpiwór do samego końca i wychodzę skarpetami w mokrą od rosy trawę. Pogoda zmieniła się diametralnie, niebo jest czyste, w kolorze błękitu niemowlęcych oczu, a słońce bliższe bieli niż żółtego. Justin patrzy na mnie spod jednej przymkniętej powieki, a jego dłonie bezwiednie wędrują wokół śpiwora w poszukiwaniu paczki papierosów. Gdy ją znajduje, wylewa z niej wodę, a potem wzdycha z wibrującą frustracją i raz jeszcze chowa się w śpiwór, jakby chciał schować się przed nikotynowym głodem.
Nagle rozdzwania się jego telefon. Justin zdaje się być jeszcze bardziej zdziwiony jego sygnałem i rzeczywiście - orientuję się, że to pierwszy raz, gdy słyszę sygnał jego telefonu. Szukamy go oboje w nogach śpiwora. Znajduję pierwsza i bieleję na twarzy, gdy rozpoznaję numer mamy. Mojej mamy. Mojej własnej prywatnej matki. Wręczam mu telefon, bo moje ręce są zbyt odrętwiałe, bym mogła unieść choć jedną z nich do ucha.
-To moja matka - mówię. - Odbierz. Albo nie odbieraj. Albo lepiej odbierz i włącz głośnomówiący. Chcę ocenić jej stopień zdenerwowania. Przy skrajnie wysokim zaczyna jej świszczeć oddech.
Justin na ogół nie wdaje się w burzliwe dyskusje. Tak jest i tym razem. Odbiera, włącza tryb głośnomówiący i kładzie telefon na śpiworze, pomiędzy naszymi skrzyżowanymi w sposób turecki nogami. Nachyla się nad głośnikiem. Jeszcze przed słowami słyszymy oddech, który gwiżdże głośniej niż czajnik z gotującą się wodą.
-Czy moja córka jest z tobą?
Justin zasłania głośnik palcem i mówi:
-Nie przypominam sobie, żebyśmy byli na ty. - A potem odsłania go i pyta: - Skąd ma pani mój numer?
-To nieistotne - oznajmia oddechem ciężkim od zdenerwowania. Cały oblepiony jest kleistą, złowróżbną mazią. - Chcę się tylko dowiedzieć, czy moja córka jest z tobą.
Justin spogląda na mnie, więc kiwam głową. Nie chcę, by obdzwoniła cały Boston w poszukiwaniu zaginionej części wpisu w swoim dowodzie.
-Jest ze mną. Względnie cała. I względnie bezpieczna. Posiadająca cztery kończyny, po dwie z każdego rodzaju. Będąca może lekko podziębiona, ale szczęśliwa, że zbawianie świata wychodzi jej z dnia na dzień coraz lepiej.
Chcę zapytać, czy czuje sę bardziej zbawiony, ale w porę uświadamiam sobie, że mama jest naszym trzecim rozmówcą, i zatrzymuję wargi sklejone aż do jej ostatniego telefonicznego oddechu.
Ona natomiast nie pyta, czy moje życie rzeczywiście mieści się w granicach bezpieczeństwa, które jest w stanie zaakceptować, i rozłącza rozmowę. Rozumiem aż nazbyt dobrze: jest zainteresowana kontynuacją mojego życia, ale nie jest zainteresowana, co wchodzi w skład tej kontynuacji.
-Po sposobie, w jaki mówiła, mogę przypuszczać, że czekają nas ciche dni. Tak ciche, że zdołam usłyszeć, jak farba złazi ze ścian.
-Zaproponowałbym ci, żebyś na ten czas zamieszkała u mnie, ale po pierwsze, wasze ciche dni nie odeszłyby, a jedynie przeniosły się na najbliższy wolny termin, a po drugie i zasadnicze, nie przetrwałbym ani jednej nocy więcej na podłodze i ten zaszczyt przypadłby w udziale tobie. Zdaje mi się zatem, że wolisz spać na swoim łóżku w przerażającej ciszy, niż na podłodze w ciszy całkiem zwykłej.
-Powiedziałabym, że doceniam twoje dobre serce, ale nie mam nastroju do żartów.
Ubrania Justina, w których oboje spędziliśmy noc, są przystosowane do ekstremalnych warunków wygodnościowych i zostały uszyte z niegniotącego się materiału, zatem po kilku ekstremalnie niewygodnych godzinach wciąż wyglądamy jak przed niedzielną mszą. Zdejmuję skarpetki i przechadzam się boso przez trawę drżącą od rosy, delektuję się uczuciem rześkości pomiędzy palcami u stóp i nie chce mi się wierzyć, że na myśl o tym posunięciu jeszcze wczoraj stanęłabym w lodzie, zimnym i zesztywniałym. Justin próbuje zrobić to samo, ale ból wiążący się z chłodem rosy go onieśmiela.
-Kąpiel w jeziorze - wypala nagle. - Woda utrzymuje temperaturę górskich strumieni, ale poranna toaleta to niezbędny element dnia.
I zanim mam okazję przetrawić całą tę rewelację, Justin wyrywa się ze śpiwora tak prędko, że nie jestem pewna, czy skrzypi zamek błyskawiczny, czy skrzypią jego kości. Wykonuje jakiś przedziwny ruch ramionami i zagarnia mnie na swój bark, a potem gna jak dziki do jednego z łagodniejszych zejść do jeziora. Nim wchodzi głębiej, przytrzymuje mnie jedną ręką, a drugą podciąga nogawki dresów pod same kolana. Skrada się po szorstkich kamieniach, jakby bał się uszkodzenia skóry na piętach. A kiedy wydaje mi się, ba, więcej niż mi się wydaje, że wyprostuje ramię i z chlupotem wpadnę w wodę, on, owszem, prostuje ramię, ale natychmiast podkłada drugie i ląduję w pozycji zbutwiałej deski na wysokości jego pępka. 
-Nie dotykaj mnie tam, gdzie tylko ginekolog ma prawo dotykać - mówię, czując go za wiele, za bardzo, po prostu za. Ale nie mówię tego w sposób, który mógłby sugerować, że spłonę, jeśli mniie jednak nie porzuci. 
Ale porzuca. Wprost w lodowatą toń wody. Nie ma w tym niczego zabawnego, przyjemnego czy choćby neutralnego, i jeszcze pod wodą zdaje mi się, że spiętrzone litry wokół mnie zmieniają stan z ciekłego w stały i przymarzają do każdej warstwy ubrania. Odrasta we mnie nienawiść, ale po chwili nie wiem, z jakiego powodu nienawidzić go bardziej. Bowiem ucieka z wody na brzeg, nim zamarznie tkanka chrzęstna w jego kostkach.
-Jeśli jedno z nas zaliczy poranną toaletę, bilans zostanie zachowany - krzyczy z lądu. - Ja nadrobię to po powrocie do Bostonu. Tylko umyj się porządnie, skoro już tam jesteś.
Nie chwytam tego żartu ani jedną komórką swojego ciała. Aktualnie jedyne ciche dni, którymi jestem zainteresowana, rozciągają się pomiędzy fotelem kierowcy i pasażera. Wracamy do Bostonu w milczeniu, które wyciąga małe rączki i próbuje rozewrzeć mi usta. Opieram się im aż do ścisłego centrum, a tam już muszę się odezwać, gdy Justin nagle stwierdza, że nie zna drogi pod dom, pod który podjeżdża częściej niż pod swój własny.
Nie chcę myśleć o momencie konfrontacji: ja i rodzice, po dwóch stronach, a pomiędzy nami niezidentyfikowane coś, przez co nie potrafimy się przedrzeć. Chciałabym zrzucić winę na różnicę wieku, ale wiem, że to tak nie działa. Różnica wieku hamuje, a nie wyrywa koła.
Dlatego nie myślę o tej konfrontacji. Mam absolutnie za mało czasu, by o niej myśleć, by stworzyć mniej lub bardziej udany - jakikolwiek - plan postępowania w przypadku występowania domowych sytuacji kryzysowych. Justin zatrzymuje się na podjeździe przed moim domem. Nasze pożegnanie nie ma nic wspólnego ze wczorajszymi narodzinami pewnego rodzaju zażyłości. Co więcej, nie ma nic wspólnego z fizycznością, w ekstremalnie łagodnym znaczeniu. Żegnamy się całkiem nieinwazyjnie - słownie - ale jestem usatysfakcjonowana, że nie musiałam po raz kolejny instruować Justina, na czym polega kultura pożegnań. 
A potem wychodzę z samochodu. Nie czekam, aż Justin rusza z podjazdu, ale robi to, nim docieram do drzwi.
I kiedy już do nich docieram, wyczuwam na skórze ciepło dresów Justina. I myślę, że jeśli coś miało szansę przebić się przez nasz ciche dni, teraz nie ma już na to żadnych szans. Rodzice na ogół nieprzychylnie patrzą na córki ubrane w szmaty swoich gwałcicieli, zwłaszcza gwałcicieli, którzy nie są tym córkom obojętni. Chociaż gdybym miała się nad tym zastanowić, obojętność byłaby w tym wszystkim najtrudniejsza. Obojętność zawsze jest najtrudniejsza. Chyba właśnie odkryłam fundament utrzymujący mnie w niedawnym związku z Joem. Obojętność z mojej strony była niebywale silna.
-Wróciłam - krzyczę od progu, chociaż prędko zdaję sobie sprawę, że powrót to niewłaściwe słowo. W przypadku powrotu musimy mówić o chęci i o jakimś bliżej sprecyzowanym miejscu, z którego wracamy. Wszyscy wspólnie zacinamy się już przy pierwszym warunku koniecznym: nie ma chęci ani z mojej strony, ani ze strony rodziców, którzy nie wychodzą do przedpokoju by powitać córkę marnotrawną chlebem i winem. Albo samym chlebem. Albo choćby okruchami pozostałymi z obiadu, na którym mnie nie było, z kolacji, na której mnie nie było, i ze śniadania, na którym również mnie nie było.
Wchodzę do salonu. Ojciec siedzi na kanapie, a jego noga podryguje na dziesięć centymetrów powyżej podłogi. Mama stoi w kuchni, przodem do blatu, którego czystość wypala mi źrenice. Wydaje mi się, że gdybym wypuściła maleńki płomień z zapalniczki Justina, którą wyczuwam w kieszeni, cały dom poszedłby w dym z prędkością domu przechodzącego w dym. Całkiem naturalna kolej rzeczy.
-Wróciłam - powtarzam, bo wydaje mi się, że mimo wszysko "wróciłam" brzmi lepiej niż "jestem". To oznaczałoby, że moja ponowna obecność tutaj nie jest oczywista.
-Kochanie, mógłbyś sprawdzić, czy zapisałam wszystko na liście zakupów? - pyta mama, ale tatę. Ja jestem za prysznicową zasłoną, na którą nie wolno patrzeć w obawie przed zobaczeniem czegoś niewłaściwego. Cała jestem niewłaściwa, w każdym razie dla nich.
-Mamo, tato, jestem tu. Moglibyście nie sprawiać wrażenia, jakbym w ciągu ostatnich tygodni przekształciła się w parę wodną?
-Para wodna ma to do siebie, że ulatnia się niepostrzeżenie. I ma spore problemy z powrotem. Zupełnie jak ty.
A potem ciche dni otwierają drzwi na oścież, wpadają do domu wcale nie cicho, jak pląsające po kątach tornado, i zajmują każdy wolny fotel, stołek i krzesło, a gdybym poszukała uważniej, mogłabym wyplątać je nawet z włókien dywanu.
Podejmuję jeszcze kilka prób nawiązania kontaktu z rodzicami, ale ilekroć otwieram usta, tata przerzuca stronę gazety z szelestem przekraczającym bezpieczną ilość decybeli, a mama odkręca wodę, mimo że w zlewie nie leży żadne naczynie, i wpuszcza w rury przeraźliwy szum. Mam swoją godność i nie wywlekam z nich słów. Liczę jedynie na to, że kiedyś nagromadzi się ich tak wiele, że popłyną same.
Odwiedzam swój pokój po dwóch dniach rozłąki i rzeczywiście czuję się tak, jakbym go jedynie odwiedzała. Wywąchuję zapach ze wszystkich kątów, żeby wessać odrobinę znajomego zapachu. Potem rozbieram się do bielizny, wpełzam pod kołdrę i postanawiam nie wyłaniać się spod niej do czasu, aż rodzice zmartwią się moim długodystansowym snem, przyjdą do mojego pokoju, ukucną przy łóżku i będą musieli wydobyć ze swoich wnętrzności jakiś bliżej nieokreślony dźwięk, by sprawdzić, czy moje życie jest kontynuowane, czy też nie jest.

***

Wychodzę spod kołdry jednak dużo szybciej, i znów wychodzę oknem, tak żeby ciche dni jeszcze bardziej nie ucichły. Niebawem przestaną nawet szumieć.
Siedzę naprzeciwko Justina w pubie, w którym cisza jest ostatnią rzeczą, jaka mogłaby zaistnieć. Pijemy sok pomarańczowy przez czarne słomki, niesfermentowany, żeby nawet w zapachu nie przypominał alkoholu. Próbowałam kupić piwo - za własne pieniądze, na własny fałszywy dowód i jeszcze bardziej własną odpowiedzialność - ale żadna z tych własnych rzeczy nie była wystarczająca, by Justin odpuścił uleczanie mnie z początków alkoholizmu.
-Rozmawialiśmy o tym dziesiątki razy: nie potrzebuję dziewczynki, dziewczyny, kobiety ani starej baby. Nie potrzebuję płci przeciwnej żeby po prostu żyć.
-Butów również nie potrzebujesz - stwierdzam. - Ani samochodu. Ani kurtki zimą. Ale z tym wszystkim żyje się lepiej.
-Baba to nie jest rzecz, która w życiu pomaga. Przeszkadza, absorbuje, wyciąga ostatni grosz. Wszystko, ale absolutnie nie pomaga.
-Skąd możesz o tym wiedzieć? Dwa dni temu całowałeś się po raz pierwszy. Założę się, że nigdy w życiu żadnej nawet nie przytuliłeś. Skąd, do cholery, możesz wiedzieć, czy życie z kobietą jest naprawdę aż takie złe?
-To jedna z tych rzeczy, których nie mam ochoty próbować. 
-Których nie masz odwagi spróbować.
-Których "nie mam pieniędzy" spróbować.
-Nie każda dziewczyna wydoi z ciebie ostatniego dolara. Co prawda panny, które chciałam ci pokazać, właśnie takie są, ale biorąc pod uwagę twój nie najgorszy wygląd, całkiem przyjemny wiek i zapach, masz szansę uniknąć wydojenia. Ale jako że twoje doświadczenie w relacjach damsko-męskich poza sypialnią jest znikome, postanowiłam przygotować dla ciebie listę dziewcząt, których nie będę opłakiwać, jeśli złamiesz im serce.
Zmieniam strony boksu, siadam z Justinem ramię w ramię, ale zdejmuję jego ręce z blatu stołu, bo zajmują zbyt wiele przestrzeni, którą teraz musi podzielić się ze mną. Kładę przed nami telefon z włączonym profilem facebookowym jednej z przyjaciółek Joego, liderki szkolnego zgrupowania cheerleaderek. Pokazuję Justinowi galerię jej zdjęć, szaleństwo długich czarnych włosów, prowokacyjne upodobania modowe, a ten pogwizduje pod nosem co któreś zdjęcie, ale twarz ma znieczuloną, jakby oglądał obrazy rentgenowskie złamanych kończyn i obojczyków.
Więc pokazuję mu kolejne członkinie tej specyficznej grupy, a jego reakcja ze znudzenia przechodzi w głębsze znudzenie i w końcu w ekstremalne znudzenie.
-Ładne są, one wszystkie. Możesz włożyć je do jednego worka, wysypać w moim łóżku, a potem zabrać z powrotem. Ale nie każ mi którejkolwiek robić śniadanie.
-Zawsze możesz zacząć od kolacji. Pomyśl, że robisz ją dla siebie i z rozmachu zrobiłeś za dużo, więc żeby nie marnować jedzenia, dokarmiasz amerykańską młodzież.
-Jedyną amerykańską młodzieżą, którą jestem gotów dokarmiać, jesteś ty.
-Dla mnie zapakujesz porcję w styropianowe pudełko. A jedną z nich nakarmisz w łóżku. Nie masz nic do stracenia, a przy każdej takiej okazji chwytasz odrobinę doświadczenia. W końcu będziesz gotów na prawdziwy, pełnowymiarowy związek.
Justin bierze mój telefon i raz jeszcze przeskakuje przez facebookowe profile moich pseudokoleżanek. Krzywi się, oglądając więcej i więcej wygimnastykowanych twarzy, a potem blokuje telefon i odkłada go z hukiem.
-Każda z nich to cholerna małolata. Tylko tego brakuje, żeby zarzucili mi nieczyste intencje.
-Masz nieczyste intencje - przypominam.
-Nie, w tym przypadku jesteś jedyną, która stwarza jakiekolwiek intencje. To ty próbujesz znaleźć mi dziewczynę i to ty, na Boga, starasz się wepchnąć którąś z nich do mojego łóżka. Na odległość. Dlaczego chcesz robić wszystko za mnie? Za mnie szukać, za mnie zagadywać. Czy chciałabyś również za mnie rozłożyć jej nogi?
-Nie bądź niegrzeczny - proszę. 
-Bycie niegrzecznym jest stałym elementem mojego istnienia.
-Jeśli nie chcesz małolaty, rozejrzyj się tutaj. Na pewno znajdziesz dziewczynę, z którą byłbyś w stanie spędzić parę godzin w przyjemnych okolicznościach. Nawet gdybyście mieli po prostu uprawiać seks, zawsze będzie to seks z kimś, komu za to nie zapłaciłeś. Brzmi zdecydowanie lepiej.
Ale ostatecznie rozglądamy się oboje, bo nie chcę być wykluczona z tych poszukiwań. Jestem matką tej operacji. Głową chaotycznego planu. Pokazuję Justinowi czarną i brąz, i blond głowę, a jego twarz wciąż utrzymuje się na podobnym poziomie bezpłciowości. Ale w końcu coś w nim drga na widok rudej o włosach kręconych, spiętych w kucyk, w okrągłych okularach osuniętych na piegowaty nos i spódnicy przynajmniej o kilka centymetrów za długiej, by wpasować się w to miejsce. Pije piwo z sokiem, a łyki wyraźnie zastygają w jej przełyku. Siedzi na przeciw dwóch przyjaciółek z urodzinową szarfą przewieszoną przez ramię. Patrzę na nią i nie mogę wyjść z podziwu względem gustu Justina.
-Jest urocza - stwierdza, uśmiechając się niesymetrycznie. - Dziewica. Założę się, że nigdy nie widziała fiuta.
-Tak wyglądają prostytutki, z którymi na ogół sypiasz?
-Nie - odpowiada. - Tak wyglądają kobiety, które na ogół mi się podobają.
-Wyglądałam podobnie? - pytam przez ściśnięte gardło.
-Gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy, nie pomyślałem o tobie jak o kimś, kogo mógłbym nakarmić - tłumaczy powoli. - Raczej jak ktoś, kim mógłbym nakarmić się sam.
Jest mi ciężko, jakbym połknęła cały kamieniołom, ale próbuję radować się myślą, że wybór Justina padł na dziewczynę, która bliższa jest przytulania go przed telewizorem niż czegokolwiek innego, co mogłoby jeszcze bardziej go zdeprawować.
-Myślisz, że dwudzieste pierwsze urodziny to odpowiednia pora, by wychodować rogi? - pyta, śliniąc się w kącikach ust. - Bo jeśli nie, zasadzę je sam. 
-Nie wystrasz jej - proszę łagodnie i przepuszczam go, gdy wstaje. - Spraw, by twoim pierwszym słowem nie był seks. I ostatnim również. I wyobraź sobie, że po raz pierwszy w życiu masz szansę nawiązać trwałe połączenia towarzyskie. Nie spieprz tego.
Wstaję tuż po nim, upewniam się, że ładnie pachnie i że jego czarna koszulka jest wolna od zagnieceń. Jeszcze kilka razy powtarzam motywacyjne hasła, aż oboje przestajemy w nie wierzyć.
-Idę do Sary - oznajmiam. - Poinformuj mnie, jak bardzo to schrzniłeś i w jakim stopniu zniszczyłeś tej dziewczynie dwudzieste pierwsze urodziny.
-Demotywujesz mnie.
-Wybacz, robię to nieumyślnie. Udanej randki.
-Udanej rozmowy z laską, która bzyka twojego faceta.
-To nie jest mój facet.
-A to nie jest randka.
Wychodzę przed pub w lodowate powietrze października. Zapinam pod szyję kurtkę z ociepleniem przy kołnierzu, a potem samochód Justina rzuca mi się w oczy i przez chwilę rozważam pożyczenie go, by nie dopuścić do odmrożenia palców u rąk i stóp. Ale kiedy uświadamiam sobie, że piechotą do domu Sary dotrę w dwadzieścia minut, a Justin ze swoją młodą sarenką dokonają tego w minut sto trzydzieści, omijam samochód i jedynie wyginam skostniałe palce w butach, żeby nie dopuścić do ich przymarznięcia do materiału.
Wilgoć unosi się w powietrzu. Kosmyki włosów okalające policzki, gdzieniegdzie są do nich przylepione, mokre i nieprzyjemnie pachnące wszystkim tym, czym bostońska ludność zwykła przepalać w kominach. Idę prędko jedynie dobrze oświetlonymi ulicami, ostatni odcinek drogi przemierzam biegiem i wskakuję za furtkę domu na końcu ulicy, oświetlonego dwoma chińskimi lampionami nad gankiem. Stukam w drewniane drzwi, otwiera mi ojciec Sary, jedyny element jej wychowania. Nie jestem pewna, czy mnie rozpoznaje, bo mruży oczy wolne od okularów. Mimo to wpuszcza mnie do środka i wskazuje drogę do pokoju Sary, w którym bywam częściej niż on sam.
-Noelle? - wita mnie zaskoczona, ale prędko reflektuje się i całuje mnie w oba policzki. - Pachniesz męskimi perfumami.
-Nie bardziej niż ty - mówię z wyrzutem. - Joe wciąż używa tych samych?
A wtedy Sara wie już, że ja wiem i że wcale nie jestem szczęśliwa z powodu tej wiedzy. Siadam na krawędzi jej łóżka, żeby dać jej do zrozumienia, że nadal jesteśmy przyjaciółkami i nie wypada mi stać w progu jej pokoju. Tym samym daję jej sygnał, że nie będzie niczym niewłaściwym, jeśli ona również usiądzie.
-Kiedy się dowiedziałaś? - pyta skruszona.
-Wydaje mi się, że nie to powinno być pierwszą rzeczą, jaką do mnie wypowiesz. Byłabym szczęśliwsza, gdybyś wyjaśniła mi, dlaczego nie dowiedziałam się o niczym od ciebie. Myślałam, że się przyjaźnimy. Że nie ma rzeczy, której byśmy o sobie nie wiedziały. A tymczasem ty ukryłaś przede mną faceta. Takiego faceta. Mojego byłego faceta. 
-Właśnie dlatego nie pisnęłam słowa - mówi ze spuszczoną głową. - Bałam się twojej reakcji. Byłaś z Joem przeszło rok. A ja... Zaczęłam się z nim spotykać, jeszcze zanim się rozstaliście. Przed twoim powrotem. Tak okropnie, obrzydliwie mi głupio.
-I słusznie - stwierdzam karcącym tonem rozgoryczonego opiekuna prawnego siedzącego na komisariacie. - To tak jakby zdrada. A nawet nie tak jakby. To zwyczajna, prymitywna, zgorzkniała zdrada.
-Oboje cholernie się o ciebie martwiliśmy. Zniknęłaś. Nie dawałaś znaku życia. Byłaś z NIM. - Energicznie gestykuluje rękoma. - Zbliżyliśmy się do siebie. I...
-I postanowiliście pocieszyć się seksem, załapałam.
-Mam dreszcze, kiedy jest w tobie tyle sarkazmu.
-Nie umiem się go wyzbyć - mówię przez ściśnięte struny głosowe. - Ale kontynuuj.
-Bałam się. Noelle, do cholery, bałam się. Twojej reakcji. Twojej złości. Twojej nienawiści. Bałam się, jaka wrócisz. Czy będziesz moją Noelle, czy tą sprzed dwóch lat. Nie mogliśmy powiedzieć ci tego od razu, a potem wyszła ta cała sytuacja z Justinem i nie chciałam ci o niczym mówić, bo sama byłam wystarczająco zła na ciebie. Gdybyśmy dołożyły jeszcze twoją złość, wybuchłby prawdziwy armageddon. Każdego dnia zastanawiałam się, czy to odpowiedni moment.
-I chcesz mi powiedzieć, że przez miesiąc, bo właśnie tyle minęło od mojego powrotu, nie znalazłaś ani jednego odpowiedniego momentu?
Niepewnie kręci głową. Zatrzymuję jej kołyszącą się czaszkę, by powstrzymać proces coraz to głębszego upokarzania samej siebie. Ścieram z jej policzka łzę, bo pierwszy raz jej łza kojarzy mi się z byciem żałosnym zamiast z byciem w absolutnej rozsypce. 
-Nie rycz. Nie bierz mnie na litość. Nie jestem na ciebie zła. Od początku wiedziałaś, że moje uczucie do Joego jest wyjątkowo niestabilne i nie mam do ciebie pretensji o to, że postanowiłaś moje uczucie zamienić na swoje. Jeśli mam być szczera, cieszę się, że Joe nie jest sam i nie opłakuje mojej głupoty. Ale mam do ciebie pretensje, ogromne i cholerne, że nic mi nie powiedziałaś. I nie mów, że zamierzałaś mi powiedzieć, bo gdybym nie dowiedziała się sama, nie dowiedziałabym się w żaden inny sposób. To zwyczajnie niesprawiedliwe. Odcinanie mnie od twojego życia tylko dlatego, że się bałaś. Miałam cię za bardziej odważną.
-Pozbądź się tego umoralniającego tonu - prosi. - Wolałabym, żebyś była na mnie wściekła, wyrwała mi kilka włosów, a potem w ramach przeprosin kupiła lakier do paznokci.
-Już lepiej nic nie mów. Po prostu mi obiecaj, że jeśli kiedykolwiek weźmiesz się za mojego na wpół byłego faceta, nie zapomnisz mnie o tym poinformować.
Potem następuje długo wyczekiwany uścisk dwóch par stęsknionych ramion. A jeszcze później robimy wszystkie te babskie rzeczy, które zwykłyśmy robić w swojej obecności, i kiedy stwierdzamy, że zaczynamy wzajemnie podtrzymywać sobie powieki, kładziemy się spać pod pościelą, która wreszcie pachnie kobieco.
Ale spanie znów nie jest tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Przekręcam się z boku na bok, dokładając wszelkich starań, by nie eksplodować śmiechem na widok rozdziawionych ust śpiącej Sary. Myślę o wszystkim po trochu i kiedy zbieram te myśli w jedną całość, mam wrażenie, jakbym nie przemyślała niczego, bo każda myśl ucieka szczelinami pod kołdrą. W końcu jednak przychodzi ten moment, gdy wydaje mi się, że jestem odrobinę bardziej śpiąca, niż byłam do tej pory, i przestaję wstrzymywać powieki uniesione. Przez chwilę dryfuję, przez chwilę chwytam nurt, i nagle docieram do stromego wodospadu, którym spadam na chropowate kamienie. Jeden z tych kamieni wyślizguje się spode mnie i uderza w okno pokoju Sary. Ta budzi się raptownie.
-Mówiłaś coś? - pyta sennie.
-Nawet nie otworzyłam ust.
Szyba ponownie drży pod uderzeniem kamienia. Pytam Sarę, czy spodziewa się adoratora, który usiądzie na mchu i zagra jakiś liryczny przebój na swojej mandolinie. Sara zdecydowanie stwierdza, że nie jest poligamiczna, ale uświadamia mi, że adorator pod jej oknami wcale nie musi godzić w nią. Wtedy jestem aż nazbyt pewna, czyim naskórkiem oblepione są kamienie trafiające w okno, i otwieram je, zanim Justin wybiłby szybę.
-Co tak szybko? - pytam wzmocnionym szeptem. - Już po randce?
-Chodź tutaj - odpowiada tą samą ilością decybeli. - Złaź do mnie, muszę z tobą pogadać.
-Mów - odpowiadam. - Byle szybko. Marznę.
-Zejdź na dół, nie będę sterczał pod oknem.
Nie wiem, która z nas jest bardziej zdziwiona - ja czy Sara - ale prędkość, z jaką wciskam się w ubrania, jest doprawdy zaskakująca. Obiecuję wytłumaczyć Sarze wszystko to, czym jest dogłębnie oburzona, i wychodzę przez drzwi wpierw na korytarz, później kolejnymi na ganek. Dołączam do chmury dymu otaczającej Justina i partię jego samochodu pomiędzy przednią a tylną osią kół.
-Minęło pięć godzin - stwierdzam. - Nie powinieneś być ze swoją urodzinową wybranką?
-Byłem - odpowiada. - Już nie jestem.
-Widzę. - Otwieram drzwi samochodu i wślizguję się w ogrom ciepła. Justin podąża za mną. - Opowiedz mi, jak było.
-Okazało się, że nie była zupełnie trzeźwa, a jej przyjaciółki pełniły rolę przeciwną do obowiązków przyzwoitki i dołożyły wszelkich starań, by wepchnąć ją w moje sidła. Zrobiłem wyjątek, którego nigdy dotąd nie udało mi się zrobić, i zabrałem ją do swojego mieszkania. Miała trochę oporów i wstydziła się zdjąć stanik, ale kiedy przekonałem ją, że wstydem jest bycie dziewicą w dniu dwudziestych pierwszych urodzin, uległa moim umiejętnościom perswazyjnym. Więc ją przepchałem.
-Dziewicę - mówię nadłamanym głosem. - Niech święci pańscy mają ją w swojej opiece.
-Wybiegła z mieszkania tuż po seksie. Powiedziała, że spieprzyłem jej pierwszy raz. Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? - Patrzy na wycieraczkę, gniotąc moją lewą rzepkę jak piłeczkę antystresową. - Że być może odrobinę, taką malusieńką odrobinę, naruszyła tym moją męską dumę.
-Zarzekałeś się, że takiej nie posiadasz.
-Bo nie posiadałem. Ale gdy zostałem tak dobitnie uświadomiony, że ze wszystkich rzeczy, do których nie mam talentu, w tej jednej kwestii jestem absolutnie skrajnym beztalenciem.
Słucham tego wszystkiego bez oddechu. Nie chcę, by coś tak absurdalnego jak seks wchodziło w skład naszych rozmów.
-Chyba uświadomiła mi, że gdybym kiedyś brał pod uwagę posiadanie dziewczyny, musiałbym w jakiś sposób wyszkolić swoje umiejętności seksualne. - A potem odwraca się twarzą do mnie i pyta: - Skoro obrałaś sobie za punkt honoru przygotowanie mnie do życia wśród ludzi, funkcjonowanie w kobiecym społeczeństwie i posiadanie jednego z jego elementów przy sobie, zamierzasz mnie również nauczyć, jak powinienem się pieprzyć?






~*~



PRZEPRASZAM CAŁYM SERDUCHEM
w ostatnich dniach wydarzyło się w moim życiu więcej niż przez ostatnie dziewiętnaście lat i absolutnie nie potrafiłam się skupić na pisaniu, stąd to fatalne opóźnienie
przepraszam was bardzo i mam nadzieję, że moje ostatnie małe szczęście mnie jakoś odrobinę usprawiedliwi :)